Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znajomi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znajomi. Pokaż wszystkie posty
0

zeby jeden czlowiek drugiego czlowieka w glowe...

siedze na obn i sie oswajam z nowa chatą. lubie ją, choc straszna tu partyzantka i kurzy sie co najmniej tak, jak na żużlu w sobote na olimpijskim. jaram się śródmieściem. wczoraj byl u mnie maciek i poszlismy na kwadrat. kupe dobrych miejsc, zajebiste punkty usługowe, wszystko blisko. chyba o to chodzilo. ogarnalem swoj pokoj. w koncu nie spie w spiworze, poodkurzalem i umylem podloge na mokro. no i wreszcie wyglada jak pokoj w miare ogarnietego typa, a do takiego tytułu w tym roku pretenduje. chociaz po ostatnim tygodniu znowuż pojawił się element zwątpienia w to moje bycie ogarnietym.

piatek - sezon grzewczy. ludzi sporo ale bez jakiejś specjalnej petardy. spóźniliśmy sie ze wszystkim. z graniem , z rozstawianiem sprzętu ale to byl chyba najluzniejszy dla mnie sezon. duzo wodki. znowu. powrot o jakiejs absurdalnej godzinie.

w sobote za to basar wyciagnal mnie na turniej judo do kątów wrocławskich.... pobudka o 7 rano. nie do wiary ze sie podniosłem. łeb parował mi od alkoholu. ale byłem mile zaskoczony. zajebisty ten sport, nigdy nie obserwowalem judo ale jest mega spoko do oglądania. kac zszedł szybko, nawet poszedlem z miłą anią na spacer po kątach. poszliśmy na rynek, na targ i potem na boisko. palilismy szlugi i sluchalismy rapu z komórki. dramat te kąty wrocławskie. pociąłbym sie jakbym mial tam mieszkac. no nic to. jak juz stamtąd wrocilem, to szybki ogar i strzala na bifor urodzin splendid. sporo znajomych. kosma pociął sobie warge ukruszoną szyjką od browaru i poszlismy do loginu z kropkami jego krwi na kurtkach, bo kretyn pluł na wszystkich. dalej tego nie moge doczyscic. w kazdym razie w loginie spoko. dużo klaskania kolanami. jakieś przypały prosto z liceum ogólnokształcącego, kiedy z karoliną i kasią poszliśmy zrobić gin z tonikiem do kibla i ochroniarz nas dojechal i pogonil z klubu. smieszne to bylo. tej nocy zalapalem jeszcze urodziny radka. byla chyba 4 jak tam wbilem. jedyny nie ubrany elegancko. tanczylem do piosenek rockowych. chyba bylo spoko. ta noc znowu skonczyla sie za pozno.

niedziela. pierwsza zbiorka ziomków na kwadracie. najpierw sniadanie u lewego na somalii. zrobilem chleby z dziurką i uratowałem sobie i innym ten dzien, bo dobre polskie tłuste śniadanie ratuje jak nic innego. pozniej zabralismy ziemniaka i jego dziewcze na kawe do rozrusznika. spoko dzien. duzo slonca, coraz wiecej czuc tej wiosny w powieczu. widzialem jakies ptaki co chyba wracają na słoneczną zipere tutaj. najblizszy weekend w ogole juz zapowiada sie plenerowo. zycze sobie mniej alku, bo chyba przegialem z tym weekendem.

2 fajne rzeczy wydarzyly sie ostatnio. pierwsza - lewy w piatek zaprosil mnie do siebie do audycji do radia luz i poprowadzilismy ja razem. puszczalismy muzyke i gadalismy o niej. super spoko, naprawde mi sie podobalo. gadalismy tak, jakbysmy siedzieli na balkonie paląc szlugi, w sensie luźno. a jak juz zadebiutowalem w jednym radiu, to w niedziele mialem powtorke. u druha sławka w audycji. super ekstra. smieszny ten slawek. gadalismy o imprezach rapowych. wyglada jak hipis, z kolczykiem w uchu i kolorowej koszuli. jakby mi ktos powiedzial 13 lat temu, kiedy w radiostacji sluchalem kazdej jego audycji, ze bede jego gosciem, to moglbym nie uwierzyc.

no i ostatnia sprawa. dzis oficjalnie założyłem firme i nie ukrywam ze to specjalny dzien dla mnie. szczescie w polaczeniu z jakimis dziwnymi obawami. w kazdym razie 13.03.2012 zostanie zapamietany. oby tylko dobrze. ide posluchac hadesa. numer zimna krew slyszalem juz dzisiaj jakies 600 razy i nie chce zmieniac. juz dawno nie slyszalem tak madrego polskiego rapu.

0

it's real rabbit. i also have fox and rakoon

mój tato korzystając z dość pokaznego zasobu staropolskich mądrości, które magazynuje w swojej głowie rzekł mi ostatnio: kto nie ma miedzi - ten w domu siedzi. i to przysłowie objęło oficjalny patronat nad moim życiem ostatnimi czasy. jest zimno, nie ma ciapy i jak boga kocham juz dawno tyle nie siedzialem w domu jak w styczniu i na początku lutego. jest ładnie ale chyba mróz mnie wkurwia i nie chce nawet podejmować próby spotkania się z mrozem na twarzą w twarz. jakbym miał szersze kaloryfery na chacie, to wzorem mojego kota byłbym zdolny położyć się na nim i tkwić tam do wieczora. nie podoba mi sie do konca ta zimowa hibernacja ale chyba wychodzi mi to na zdrowie. w końcu odpaliłem website, troche czytam, zabieram brytyjskiemu przemysłowi fonograficznemu sporo ich owoców i długo śpię. wiem, ze to ostatni miesiąc siedzenia na dupie. bo jak w marcu sie zacznie to nie wydostane sie z turystyki az do listopada. a propos turystyki, dostałem właśnie zajebistą pracę przy Euro. Mam do ogarnięcia grupę sponsorską za dobre siano. Chyba najlepszą zaletą tej pracy jest to, żę wszystkie mecze rozgrywane we Wro obejrze na żywo z jakiejś cwanej loży i jaram sie jak dziecko. pow! ale o tym kiedy indziej.

Weekend był luźny. Siedziałem w domu. Na szczęście nie swoim. Piątek u kodźiro i brendy. Dużo muzyki, jakieś małe granie amatorskich setów, gotowanko, rummikub. Relaks jakiego trzeba. I jak już wydostałem się z domu, to znowuż bardzo nie chciałem do niego wracać. Zadzwonil szczepan. Zapraszał do siebie na zabawe (w domu). Mieszkanie szczepana to moje drugie ulubione mieszkanie, w którym przebywam dość sporo. Oprócz tego że mają na chacie jakieś 12 stopni... Generalnie chłopcy jak zaciskają pasa na zime, to robią to z przytupem. Trudno czasem wysiedzieć dłużej na kanapie, bo stopy się wyziębiają. No i filmu bez śpiwora też raczej sie nie da obejrzeć. Zimowe realia wrocławskich kamienic. Do szczepana w kazdym razie dotarłem późnym wieczorem. W środku same typy, żadnej dziewczyny. Na stole dużo wódki, zbyszko 3 cytryny, smalec w słoiku i dużo zjedzonych deserów czekoladowych zapchanych kiepami. W takich mieszkaniach bardzo łatwo wydedukować dominację meżczyzn. Lubie ich chate, bo ma dużo funku. wielka jak hala sportowa. Okna wieksze od szafy 3-dzrwiowej, zdobione sufity, najbardziej wieśniacka kuchnia jaką kiedykolwiek widziałem. Taka z lat 90. Najgorsze płyty wiórowe zbite w półki i oklejone taką okładziną co udaje marmur. Jaram się. Zatem sobota stanęła pod znakiem spektakularnego melanżu, durnych gadek, słuchania hemp gru i zipery przemieszanej z vengaboys i grania w piłkarzyki, które mają na chacie i w sumie wyszło tak, ze jak wyszedłem w piatek z chaty, to wróciłem do niej pare godzin temu (w sensie poniedziałek). Ale to był dobry weekend i nie przegiety melanżowo. Teraz mogę sobie wrócić to pracy. W domu...


0

le chat est su la table


Mam kolejne wakacje. Zasłużone bardziej lub mniej - ale mam. Sprawca wakacji znowuż ten sam co ostatnio. Olivier – mój belgijski brat. Wakacje wprawdzie połowiczne, bo mamy troche roboty ale za to w jakim miejscu. Znowu ląduje w Nicei, a lazurowe wybrzeże oglądam z tarasu... Pojechaliśmy do wakacyjnego domu Oliviera, który na nieszczęście został przez nich sprzedany sprzedany. Jedziemy ze smutną misją wyprowadzenia tej chałupy po 35-letnim posiadaniu go przez jego familię. Mamy jeden pożądny dzień pracy, bo w tyle damy rade się uwinąć z pakowaniem 2 kanap i paru gadżetów. Zostajemy na 4… zatem przez 3 kolejne dni leże wywrócony do góry brzuchem i samochodem penetruję okolicę. A tam jest kurna jest co oglądać. Zatem w ostatnią niedzielę zapakowałem się w samolot do Brukseli. Stamtąd do Gent. Tam szybka wieczorna piona z grubą Judy i następnego dnia startowaliśmy na południe Francji.

Do nicei dojechliśmy o północy, wlekąc się z Gent przez 1200km furgonetką podobną do czołgu. Olivier wypożyczył ją na przeprowadzkę. Nowa i śnieżnio biała. Na prostej max 120 ale z górki dało się dobić do 150, więc nawet udało się upokorzyć paru francuskich leszczy z Audi albo innej zachodnio-europejskiej maszyny. Francuskie autostrady, oprócz tego że kosztują drożej od niejednej fury, która po nich jeździ są gładkie, szerokie i tamtejszego dnia zupełnie nie zaludnione. Generalnie wszystko bez zakłóceń.. No oprócz wjazdu furą pod bramę domu w Nicei, gdzie Olivier na pełnej penerze przypierdolił paką w filar płotu i cała śnieżnobiałość furgonetki przykryła się paroma konkretnymi pazurami zadanymi przez beton i gałęzie..
Nicea o północy zastała nas bujną roślinnością i temperaturą wysokości 10C… Poważnie rozważałem nocleg na zewnątrz ale zaległem na kanapie przygnieciony długą drogą. Day 1 dobiegł końca.

0

rap kat

nowy rok witałem w rabce. po raz drugi z rzędu, a po raz czwarty z rzędu był to nowy rok witany ze snow nation. wszystkie sylwestry z moim braciakiem były dobre, więc o ten zbytnio sie nie martwilem. tym razem było troche inaczej, bo było mało znajomych i dużo pobocznych wrocławskich ekip. skład liczący około 60 osób. wszyscy wyglądający na melanżowników. nadwornym grajkiem w tym roku był mój człowiek tesko więc o jakość muzyki też nie miałem co sie martwić, bo ja sie zawsze lubie  sie bawic, kiedy on gra. przyjechalem z magdą jej kremowozem 30.12. Rabka zastała nas wiosenną pogodą i choć bylismy 30km od Zakopca, to śniegu nie było ani grama i wcale nie żałowałem, ze nie zabrałem ze sobą sprzętu. w pierwszy dzień zrobiliśmy tradycyjnego grilla pod drewnianym dachem z hamburgerami z rusztu. na szczęście pogoda nas przyjemnie zaskoczyła bo tego wieczoru zaczął padać śnieg i tak padał przez całą noc. zatem poranek sylwestrowy zastał nas z przyjemną 15cm warstwą śniegu i nareszcie poczułem się jak na wyjeździe w górach. o samym sylwestrze cóż tu opowiadać. potężna najebka wódką i łiski. impreza w stylu PRL. ludzie wzieli to sobie do serca, bo było pare naprawde dobrych kreacji. moimi faworytkami były magda i marta z bielska białej. jedna przebrana za krysie z dancingu w niedopasowanej kwiatowej sukience i  torebce na długim łańcuszku i obciachowych pantoflach na stopach. druga za to przebrana była za jole z wakacji w bułgarii w kolorowym stroju i eleganckich okularach przeciwsłonecznych. tesko spisał sie na medal, bo nawalił się wczesnie, a ja najbardziej lubie jak tesko gra nawalony. nie zszedł z decków do 4am i popisywał się dobrymi szyderami w stylu bananowego songu. tej nocy wszyscy sie przy tym bawili jak złoto. następny dzień to późne śniadanie od Pani Czesi (ona chyba faktycznie tak sie nazywała). Ta pani jest super miła, bo zawsze przychodzi do stolika i przynosi ciepłe posiłki i miło sie uśmiecha. Pewnego razu wprowadziła nas w stan konsternacji, kiedy zapytała zawadiacko "Panowie, macie parówki?" Wszyscy zgodnie odpowiedzieliśmy, że mamy choć nie wiem czy gadaliśmy o tych samych parówkach. Pierwszy stycznia przeszedł więc na spokojniej. Było frisbi na śniegu i jakaś mała koszykówka z młodymi od kopra. Wieczorem tradycyjnie zagraliśmy w mase gier planszowych od rummikuba poczynając, na tabu kończąc. Drugi stycznia zastał nas prędko i trzeba się było zawijać. Rabka pożegnała nas temperaturą 12C i słońcem takim, że w furze siedzieliśmy w okularach przeciwsłonecznych. Bardzo ładnie to wszystko wypadło. Jaram się. Wiec oby 2012 był też taki pogodny. Bo inaczej w ryj.

0

izaura z kalcedonem


świeta przyszli więc jest czas na update do bloga. najpierw resztka opowiastek z belgii w dość szybkim tempie.

choc do oliviera przyjechałem w momencie kiedy miał na prawde duzo na głowie, to zrobil wiele aby spedzic ze mna sporo czasu. do tego był podekscytowany, bo wlasnie kupil dom dla siebie i jego dziewczyny, wiec powodów do celebrowania bylo sporo. w pierwszy dzien duzo bujalem sie z judy. jezdzilismy samochodem po rozne pierdoly i gadalismy o tym ze fajnie jest byc w ciązy. pojechalismy z nią do starych oliviera, których lubie i zawsze ich odwiedzam podczas wizyt. wieczorem dolaczyl do nas olivier i poszlismy do martino's. to takie legendarne miejsce w gent z zajebistymi stekami i pieczonym mięsem w ich własnej marynacie, którego receptura jest największą tajemnicą zakładu. To miejsce istnieje od chyba 60 lat, biznes jest przekazywany z pokolenia na pokolenie, a jego popularność nie gaśnie. Chciałbym takie miejsce we wro. Zjadłem kozak wołowinę z zajebistymi frytkami i mega białym piwem i czułem się jak w niebie. 2 dzien przesiedzialem sporo u oliviera w biurze. gadałem z jego znajomymi, którzy wpadali tam jeden po drugim. w pewnym momencie pośród ogólnego rozluźnienia odpaliliśmy partię w monopol i było całkiem spoko. tego dnia wieczorem poszliśmy do bananowego kolegi oliviera na chate, bo robił domówkę. jarałem się, bo znałem tam na prawde dużo ludzi i miałem wrażenie, jakbym tam mieszkał. było tam sporo osób z wyjazdu do francji, na którym miałem okazje byc w kwietniu. laski w wysokich szpilkach i obcisłych spodniach. chłopaki w jakichs pedalskich koszulkach. na barze same drogie rumy i wyborowa exquisite. pełna pedaliada ale belgowie są troche ciotami i trzeba się z tym pogodzić. im szybciej to zrozumiesz, tym szybciej sie ich polubi.

nastepny dzien, to lekka zmiana otoczenia i z brudnawego, starego i zapchanego ludzmi i knajpami gent, pojechałem do nowoczesnego, przestrzennego, czystego rotterdamu. wycieczka trwała 2h, a wrażenia niezapomniane bo mogłem pierwszy raz odwiedzić Adama od czasu jego wyjazdu do holandii. Było zajebiście, spedziliśmy cały dzien bujając się razem po mieście i gotując na chacie (w sumie adam i natalia gotowali). Zrobilil gotowane małże w winie i sosie ostrygowym, które w rotterdamie kosztują grosze, a są tak zajebiste, ze głowa mała. jednak rotterdam jako miasto niestety nie powalił. mega tam pusto, zero atmosfery. troche dobrej architektury ale nie na tyle, zeby obsrywać się na każdym kroku. miałem wrażenie, że holendrzy to musi być mocno nieżyciowy naród i w chuj nudny. w sobotę wieczór knajpy na w pół puste. co oni tego dnia robili?

 oczywiście nie ominąłem coffee shopu, w którym byłem pierwszy raz w życiu i skręciłem sobie pięknego lolka z haszu. bardzo ładne wydarzenie. później jeszcze pare butelek wina z adamem na chacie i tak minął mi dzień w rotterdamie. niedziela była dniem powrotu do domu. więc najpierw dostałem się do gent. tam olivier zgarnął mnie na miły i bardzo wystawny obiad u jego rodziców, a zaraz po obiedzie wyjazd do brukseli na lotnisko. zatem w niedziele znajdowałem się na terytorium 3 różnych krajów. yeah. lubie europe, bo jest mała.

0

jak mos def murzyn wciąż w podróży


Jestem z powrotem w twierdzy. Nie było mnie przez 5 dni, bo zaliczyłem bardzo przypałowy wyjazd do belgii i holandii w najlepszym możliwym stylu. Ten post jest z przed 3 dni. Z braku internetu nie dane mi było go wrzucić wcześniej. A było to tak...

Siedze na dworcu w Gent w Belgii. Jestem troche skacowany. Jade do Rotterdamu odwiedzic Adama, którego nie widziałem przez ostatnie 3 miesiące. Gdyby ktoś mi we wtorek rano powiedział że w tym tygodniu pojadę na 4 dni do mojego ulubionego Gent, z którego mam kupe zajebistych wspomnień, a potem odwiedze jeszcze Adama, to mógłbym mocno nie uwierzyć.

Zaczeło się od telefonu, który zadzwonił do mojego ojca we wtorek wieczorem. To był jego dawny szef z czasów, kiedy pracował w świecie dywanów (znaczy się piastował stanowisko starszego wezyra). Ten szef jest z Belgii. Dominique, zajebisty typ. Nie taki typowy belg. Troche przypałowiec. Jest gruby i bardzo serdeczny. Lubi dobrze zjeść. Mój stary blisko się z nim przyjaźnił. Dominique przyjechał do Wrocławia nieoczekiwanie. Nie widział się z moim starym ze 3 lata. Zaprosił go na kolacje i powiedział żeby też zabrał mnie, bo ja też się z nim znam. Chętnie więc się z nim zabrałem. Fajny ten Dominique, a do tego steka z la scali się nie odmawia.

Dominique dalej jest biznesmenem najwyższych lotów ale w jego życiu prywatnym troche się pozmieniało. Bo jest z niego kawał wywrotowca i przeżył jakąś czarną serię nieudanych małżeństw i złych związków. Doszedł więc do wniosku, że baby to chuje i nie ma zamiaru się z nimi już wiecej kolegować. W swym postanowieniu się trzyma mocno, a poszedł nawet o krok dalej i zamiast bujać się z paniami, kupił sobie psa! Spoko luźny golden retriever, którego zabiera wszędzie gdzie może i siedzi z nim w knajpach i karmi krewetkami. Dominique się chwali, ze pies ma 2,5roku i przejechane 250 000km. Dobry wariat. Typ co zarabia w miesiąc tyle, ze król Salomon by się zarumienił jeździ po europie na spotkania biznesowe z psem!
Dominique wyjeżdżał z Wrocławia do Belgii następnego dnia. Nie chciało mu się prowadzić, a do tego musiał pracować na komputerku, więc zaproponował mi, żebym go tam zawióźł, a w zamian kupi mi bilet na samolot do domu. Gunther jest pazernym i łapczywym chłopcem, więc nie zastanawiając się wiele spakowałem tornister i następnego dnia o 10am byliśmy w trasie do Belgii!

Przejazd był ekstra. Gadaliśmy dużo o podróżach, o pieniądzach w walizkach które wywoził z polski do Belgii w czasach dzikiego polskiego kapitalizmu i o fabryce szczotek którą kupił kiedyś za 2 miliony franków, po to by sprzedać po roku za 1 markę po serii fatalnych kontraktów. Dominique mówił też sporo o tym, że psy są o wiele lepszymi kompanami do życia, niż kobiety ale nie uwierzyłem. W każdym razie podróż była szybka i z pewnością pouczająca. O 20 byłem już na stacji w Gent. Odebrała mnie miła, gruba Judy – narzeczona Oliviera. Judy jest gruba, bo jest w ciąży i zajawa generalnie tam u nich na temat dziecka. Zanim pojechaliśmy do domu, obowiązkowo przejechaliśmy przez moją ulubioną nasmażalnie hamburgerów i frytek „Bij Julien en Peter”. Wpierdzieliłem 2 hambuksy, które kocham bardziej niż barszcz z krokietem i szczęśliwy pojechałem przybić piątkę mojemu dobremu ziomkowi Olivierowi. Tak się zaczęło.

0

uleci wróblem, a wróci wołem

ogar ogar ogar. tego najbardziej mi teraz potrzeba. wassapy same sobie nie dadzą rady. jestem juz w pizdu spóźniony ze stroną internetową i z wysyłaniem ofert. spadają na mnie spoko rzeczy niczym manna z nieba. bywają wycieczki, mam propozycje współpracy z cwanymi organizacjami, moge sie promować za darmo na zajebistych portalach, a ja zamiast brać to wszystko w garść i zarabiać tłusty cheedar, to sie lenie jak pizda. jestem mocno zły na siebie ostatnimi czasy, bo mógłbym robic dużo pod kątem pracy, a apatia silniejsza jest ode mnie. i najgorzej ze sam sobie z tego zdaje sprawe. jedyne co musze zrobic, to spiąc dupe i wystartować przed nowym rokiem. wszystko do wykonania, tylko wujek gunther musi sie sam zmobilizowac dla swego własnego dobra. to tyle w temacie pracy, który mnie mocno boli. w sumie to sam sobie funduje tą frustracje. dosyc.

reszta spraw po staremu, czyli nad wyraz aktywnie towarzysko, dużo chalnia i świeżej muzyki. miałem mocno urodzinowy weekend. w piątek swoje dwudzieste któreś obchodzili kosma, kuba i dyd. bylem zatem na trójkącie u kosmy przyjąć z nim troche wódki. sporo znajomych, w salaterach elegancko wyeksponowane pierogi ruskie zalane śmietaną, cebulą i groszkiem konserwowym. spoko było, przyszło dużo ludzi których nie widziałem ale wyszedłem wcześnie. chciałem być świeży rano, bo miałem wychwalać wrocław przed grupą cwaniaków z Anglii. W drodze do domu zadzwonila magda i basar, ze są w szajbie. zeby nie było. nienawidze kurwa szajby i mialem prace z samego rana. mimo to dalem sie skusic na drinka... skonczylem o 7 am w domu...

sobota. dramat... jak sie konczy balowac o 7, to kac przychodzi gdzies w okolicach 16. Mialem wycieczke po 1,5h snu i musialem udawac ze jestem madry w momencie, kiedy poziom mojej inteligencji uległ zgwałceniu, a przetwarzanie informacji przez mój mózg był na poziomie mózgu moich szynszyli. pozniej tylko szybki powrot do domu i musialem kombinowac domówke dla 35 osob. dobrze ze mamie sie chcialo mi pomagac, bo sam chyba bym zaniemógł. wszyscy przyszli ok 20. sami spoko znajomi, duzo polskiej wódki, pieczony indyk i tiramisu na polskim serze aro. w mojej chacie nigdy nie bylo nawet ćwierci tej ilości ludzi. jakos sie zmiescilismy. zwinąłem dywan w rulon i robił za dodatkową kanapę. lewy przyniósł kontroler i mial zagrac urodzinowego seta na stoliku ogrodowym. zagrał może ze 2 numery, bo za kontroler wpuścił mnie, a ja przesycony używkami byłem nim tak podekscytowny, ze zaczałem grać i sam jarać sie tym co grałem. byłem najgorszy, bo nie gadałem z nikim, a świat mógł dla mnie nie istnieć. grałem swoje ulubione kawałki i śpiewałem do komputera. nic mi sie nie miksowało, bo próbowałem zgrać kawałki o jakiejś potęznej róznicy tempa ale nie mialo to wtedy dla mnie zadnego znaczenia. ja bawilem sie przednio sam ze sobą.
później poszliśmy do centrum  tam jakaś ambasada, a potem przedwojenna. naprawde wstyd mi tylko końcówki, bo zostałem wyciągnięty do klubu zakazanego, do którego wejście powinno być karane prawem. byłem w antidotum.... zaciągneli mnie tam koledzy, którzy chodzić tam lubią bo mają trochę inne gusta ode mnie. wszedłem i prawie dostałem epilepsji. barmanki - wieśniary z błękitnymi ślimakami na ramionach albo słońcem na karku albo innym klasyku z kolekcji chujowych tatuaży. założe się też ze 80% tych rozbawionych ludzi jeżdziło na blachach DWR albo DTR.  muzycznie też mnie nie połechtali tą toporną łupanką prosto z piekła. Nie mogłem tam wysiedzieć. Wyszedłem bez pożegnania. Tej nocy spotkałem też brata mojej starej dziewczyny. Lubie go, przewinelismy co nieco o życiu, a później biedny nie miał się gdzie podziać więc sćiągnąłem go do siebie chate, żeby przezipował tę noc. W taki oto romantyczny sposób zakończyłem moją urodzinową imprezę. Zamiast se jakąś elegancką dziewczynę ogarnąć, dzieliłem kanapę z bratem mojej byłej. Well done Gunther....

W niedziele w miare wczesna pobudka i obiecany przez wszystkich chlopakow mecz w piłę w parku południowym. Zebrało się 10 chlorów. Jeden wyglądał gorzej od drugiego ale karnie przez 2h biegaliśmy za piłą. Więcej w tym śmiechu było niż jakiejkolwiek składnej gry ale ważne, że da się czasem coś zrobić aktywnie w te kacowe niedziele. później jeszcze jakiś obiad rodzinny, kino, klasyczna wieczorna mulonka u kodźiro i po weekendzie. Teraz do roboty. Kurwa!

0

w zyciu tak jest, ze koń tonie, a ogon pływa...

powyższym hasłem z tytułu posta poczęstował mnie zegarmistrz z oławskiej. próbowałem przy nim naprawić klamre paska od spodni, który kupiłem 4 min wcześniej i już zdążyłem zepsuć. nigdy chyba w pełni nie zgłębie potęgi tego przesłania ale jest z koniem, a ja lubie wszystkie przesłania z koniem.


znowu poniedziałek. ubiegły tydzień układał się dla mnie mocno różnie. czasem było szczęście i duma, czasem był wstyd i zawód nad samym sobą. jeżeli chodzi o zawód, to chyba znowu z powodu braku asertywności do przyjmowania alkoholu. zaczelo sie w poniedzialek. spotkałem adama, ktorego nie widzialem sporo czasu. okazało się, ze mieszka na osiedlu i kusi wódką od samego początku. coś w stylu: "Siema ziomeczku, kope lat.. Pijesz?" Pokazałem potęgę swej silnej woli i odmówiłem w poniedziałek. We wtorek natomiast byłem na otwarciu Amer. Film Festival. Film nazywał się "czarny koń", no więc jak tu nie pójść na film z koniem w tytule... Był super spoko. Mocno smutny ale życie to kurna nie koncert życzeń, zatem i smuta trzeba przyjąć od czasu do czasu. No nic. Po filmie spotkałem pare osób z szajki i poszliśmy do puzzli, z intencją wypicia jednego luźnego piwa i rozejścia sie do domu. Nie wiem tylko dlaczego poszliśmy jeszcze "na chwile" do ambasady, jaskini zła z wszystkim za 5zl... Najlepsze jest to, ze kolega Adam z dnia poprzedniego przywitał mnie tam w progu... I wtedy nie bylem juz taki asertywny do picia... To byl dlugi wtorek...

Czwartek to kolejna seria gupot w tysiącu miejsc. Jakbym miał swój melanż rozłożyć w na części pierwsze, to wyglądałoby mniej więcej tak:

18.00 wychodze z domu, do którego tego dnia juz nie wroce. ide do kosmy na trojkąt.
19.00 siedze u kosmy na trójkącie. piwo przeplatam bułgarską rakiją z plastikowej butelki po oleju. słuchamy dancehalli, marka grechuty i coco bryce'a.
22.30 lądujemy w planie b. jest i-battle. kibicujemy ninie i antonowi. są najlepsi, wyglądają spoko i dają dużo energii. przegrywają w połfinale z ciotami z radia luz, co wrzucają piosenki z czterech pancernych i ruszją się po ringu jak węgiel w miednicy. wypijamy wódke z kolą. 
00.30 lądujemy w ambasadzie. rozpoczyna się festival jack'a na lodzie, romantycznie miksowanym ze smakiem tatara.
02.00 dobijamy do formy. są urodziny karoliny. spotykam kolege z anglii. ma nalany ryj gorzej od wokalisty budki suflera. chce sie napic. odmawiam, nie chce mi sie z nim gadac. koniec koncow wypijam z nim chyba 3 driny i uciekam, bo poziom konwersacji mnie poraża.
05.00 zamykamy forme. zachaczając o nocny idziemy do macka i emili, zabierając ze sobą całą chałastrę. po drodze sprawdzamy czy da sie we 4 podnosic samochody. maluchy i seicento sie da. dobijamy na chate. wszyscy ida spac. zostaje z kosmą w kuchni z flaszką wódki. smażymy mielone od czyjejś mamy i jemy z chlebem i musztardą. tacy to pożyją. słuchamy rapów. opowiadam mu o wrocławiu, w którym go nie było przez długi czas. maciek ma dwa rude koty na chacie. siedzimy w kuchni o 8 rano i pijemy wódkę. głaszczemy koty, co siedzą nam na kolanach. przyjaciele...
08.30 wychodzimy od macka i idziemy do kosmy. wyglądamy źle, wiem o tym.
10.00 koniec tej wojny z alkoholem. kładę sie spać w chacie kosmy. Głupie jest to, ze jego kamienica, należała do właściciela znanej marki likierów w Breslau 100 lat temu. Na podwórku dalej stoi ta mała fabryka. Kosma ma na nią widok z własnego pokoju. Jest rano, patrze na tę zrujnowaną fabrykę i myślę czy  alkoholowa historia tego miejsca zobowiązuje? Nie wiem. Znam w każdym razie inne powiedzenie z "historią". Ze lubi się powtarzać. A jak koń tonie, to ogon pływa...


0

hold u down

w piątek byłem na meczu śląska. niesamowite wrażenie. stadion masakra, doping potężny. nie miałem okazji być na meczu z tak dużą publiką i można się nieźle zajarać. sam mecz pozostawie bez komentarza. kibiców tez pozostawie bez komentarza, bo hasła "wstawaj kurwa czarnuchu" od typów siedzących obok mnie są kurwa daleko od smiesznych albo spoko.aaa no i zostałem wyzwany od turystów stadionowych, bo przecież chciałem usiąść kulturalnie na fotelu, który był mi przydzielony, a siedział już na nim jakis pener. dostałem szybkie "a co ty kurwa na stadionie nigdy nie byłeś. siadaj na piździe tam gdzie wolne, a nie tam gdzie masz numerek. jebany turysta. stadion przyszedł oglądać. to jest mecz kurwa."  no nic, zajawa w każdym razie. później poszedłem se do planu b z kamilem olą i ulimenen. był daniel drumz, a daniela lubie bardzo. grał super ładne piosenki i nawet było tańczone.

sobota i niedziela przeszła spacerowo i obiadowo. a w poniedziałek odpaliliśmy sezon grzewczy. i chyba wyszedł dobrze. dużo ludzi zebraliśmy. kupe wódki się przelało. muszę tylko popracować nad tym jak będąc współorganizatorem imprezy nie zostawić na niej kupe siana, bo do tej pory boje sie sprawdzic moj stan konta.    lewy, kuba i wojtek zagrali zajebiscie jak dla mnie. spoko bylo pod koniec jak wojtkowi zepsul sie jeden system i grali z lewym po jednym numerze na zmiane. koniec był rapowy. wszyscy karnie odśpiewaliśmy moleste i pewnie koło 4am rozeszliśmy sie do chat. Pani za barem chyba byla lekko w szoku związanym z frekwencją i strasznie sie gubiła, prawdopodobnie nie doświadczając jeszcze takiej ilości osób do obsłużenia. Okrutnie opryskliwa. Czasem trzeba było ją naprawde solidnie pobajerować, żeby miała chęć nalać ci drinka. Miarka się przebrała jak were na jej oczach rozjebał mi dynie na głowie...


 W każdym razie Sezon Grzewczy no.1 wypalił tak jak chcieliśmy i jesteśmy nasawieni pozytywnie wobec nastepnych edycji. Do domu jak to mam w zwyczaju wróciłem pieszo. W stanie w jakim wtedy byłem zajelo mi to 2h. Mało pamietam. Ale szedłem przez park południowy. 5.30am. Wciąż ciemno. Liść zdrowo już obadł z buka. Mgła w chuj i i te latarnie, co jako jedyne wyznaczają kierunek. Na prawde ładne. W ogóle pogoda rozpieszcza ostatnio. Kocham taką jesien. Pełen kolor. Stopni pewnie z 14. Deszczu zero. Nic, tylko spacerować. Nasze serca biją za Śląsk, słyszy cała Polska...

0

niemcy zajmują wawel i pustynię

Unsound był piękny. Kolejny raz pełne pro jeśli chodzi o przygotowanie tego festiwalu. Od ustwaienia line-upu, przez sound, po miejsce. W tym roku był w "Łaźni nowej" na Hucie. Wielka wyremontowana przestrzeń. Duża sala na parterze na jakieś 1500 osób. Druga w piwnicy na jakieś 500. Przestrzeń troche podobna do wrocławskiego WFF ale nie jebie potem, komuną i salą gimnastyczną. W barze podają zbawienne ciepłe napoje. Tego wieczoru wydałem z 50zł ... na herbate i to był jedyny napój, który przystało mi pić, choć wyglądałem jak idiota, stojąc z papierowym dymiącym kubkiem na parkiecie wśród tych wszystkich lekko nawalonych i przemielonych dragami ludzi. Bolało mnie gardło i czułem się jak zraniona puma.

Jeżeli chodzi o sety to moim faworytem wieczoru była chyba Nightwave (niespodziewanie, bo to był pierwszy set jaki w ogóle zobaczyliśmy). Laska ze Słowenii, aktualnie mieszka w Anglii. Ubrana w długie buty na wysokich szpilkach z brązowej skóry, duże cycki, ostry makijaż i w chuj dużo babskiego kokietowania za dj'ką. Zgodnie z lewym stwierdziliśmy, że jest podręcznikową reprezentantką trzebnicy w metropolis.  Ale to co grała od metropolis różniło się mocnoooo. Tempo techno cały czas i dużo dokładanych samodzielnie sampli na jakichs kontrolerach, opór łamanych bitów i z nienacka wkładane zwrotki śpiewane na r'n'b. nie dała odpocząć. Każdy numer był bangerem. Po występie dostała piękne brawa od wszystkich. Od chłopaków mam wrażenie, dostała dodatkowe brawa za cycki. Później bawiła się jeszcze na dużej scenie. Już w kurtce, takiej pikowanej z szarego ortalionu - no bez kitu, wśród całej tej krakowskiej hipsterki i bandy popierdoli wyglądała jakby mocno pomyliła imprezy. Oprócz nightwave duże wrażenie zrobił jeszcze Machinedrum w projekcie Sepalcure. Piękny set dał Jam City. No i z pewnością Dj Rashad i Dj Spinn. Wystąpili jeden po drugim. Właściwie to cały czas siedzieli razem na scenie. Jak jeden grał, to drugi nagrywał cały set na video na komórce i w odwrotną stronę było to samo. Sety zajebiste. Jakbym miał tupać do każdego wybijanego w jakimś szaleńczym tempie bitu, który puszczają, to wytupałbym dziurę do Gwadelupy. Dzikusy. Z Unsoundu wyszliśmy pewnie o 5. Zadowoleni na 100. Wątroba wibrowała mi jeszcze przez następne 2h.

Następny dzień, to już w pełni zdiagnozowana choroba. Brenda też załatwiona na amen. Lewego zaczęło powoli też dotykać przeziębienie. Nie chcieliśmy jednak tracić dnia. Zjedliśmy mocno późne śniadanie i odpaliliśmy się na popołudniowy spacer po miłym Kazimierzu, na który zawsze z sentymentem wracam, bo spędziłem tam pare miesięcy z życia. Pobujaliśmy się po okolicy i zlądowaliśmy w "Miejscu". Tam opór ciepłych napojów. Graliśmy w scrabble. Albo może ja i brenda graliśmy. Zgodnie stwierdziliśmy, ze lewy w scrabble grać nie umie bo ma małe pojęcie o polskiej deklinacji. Było miło w każdym razie. Tego dnia mieliśmy okazję spotkać się jeszcze z miłym Danielem i jego miłą żoną Mają. Pogadaliśmy trochę o Grecji i odpięliśmy się na finał Unsoundu do Pauzy. Jednak kiedy wszedłem i zobaczyłem ten zapchany klub i nadymione tak, jak za najlepszych czasów we wrocławskiej kamforze powiedziałem, że musimy stąd iść szybko, jeśli reszta nie chce być świadkiem mojego zawału. Zatem wypiliśmy szybkie 3 wódki i pojechaliśmy na chatę niedoczekawszy gwiazdy wieczoru.

Następnego dnia pakowanie i opuszczamy kraków względnie rano. Dzień powrotu to dzień krajoznawczy. Natura zamki i pałace. Śmigamy po raz pierwszy na pustynię błędowską. Jest spoko Później do zamku Ogrodzieniec, by finalnie zlądować w zamku Moszna. Dzień piękny i słoneczny. Humory dopisują a choroba dalej przeżera nas od środka. Wracamy do Wro późnym wieczorem. Ładuje się do łóżka i nakrywam kołdrą. Kaszlę do dziś ale wyjazd był złoto.

0

niemcy jadą na moskwę day 2 und 3

następny dzień. pobudka o 10. nikomu sie nie spieszy, wcinamy wolne śniadanie, słuchamy krzyśkowych winyli. leci jakiś pearson sound, daniel drumz, blawan. wyjście o 13. lewy ma coś do załatwienia, więc zostawia nas z brendą na chmielnej i stamtąd śmigamy penetrować warszawę. piździ i lekko pada ale nastroje dopisują. dochodzimy do starego miasta, które chyba najbardziej ssie pałę w warszawie. rozumiejąc historię i będąc osobą wobec niej wyrozumiałą w dalszym ciągu nie widzę tam nic ciekawego. mega sztucznie,  zero fajnych miejsc pełna dziadówa i pierogarnie. widać, że ludzie z warszawy to tam raczej nie bawią. o tyle fajnie, że położone tak jakby na wzniesieniu. my również nie zabawiliśmy tam zbyt długo. wcinamy na szybko jakąś zupe u zajebistego chińczyka na rozgrzanie i przebijamy na powiśle. ładnie tam - parkowo i miejsko zarazem, rzeka blisko i pare dobrych punktów. wjechaliśmy na kawe do "kafki". zajebiste miejsce. zapchane ludźmi. na stolikach rezerwacje. duże okna, kozackie ciasta, gry planszowe, regały z ksiązkami. brakuje mi tego we wro. czujesz, ze mozesz tam siedziec pol dnia. ustawiłem się z buczem, moim podlaskim ziomkiem, z którym dawno się nie widziałem. informuje mnie, że jest skory wypić ze mną wiele wódki tej nocy, więc podejmuję rękawice. troche spacerujemy ale robi się późno. bucz zabiera mnie do "planu b". kolejne kozak miejsce. troche brudne ale dużo hipsterki. zajebisty street artowy wystrój. na klatce schodowej wrzuty i prace różnych artystów i cwaniaków z całej europy. jest jeremy fish, jest london police. jestem pod wrażeniem. bar jest na piętrze, z widokiem na plac zbawiciela. po raz kolejny odwiedzam miejsce w tym mieście, gdzie nie ma gdzie usiąść. wypijamy dwa kielony, browara i idziemy na spacer do łazienek. niestety troche za późno się wybraliśmy, bo park już dawno zamknięty. śmigamy więc ujazdowskimi w stronę "powiększenia". jaram się zajebistymi wiatami autobusowymi i ambasadą czarnej góry. przypominam sobie ile to razy za dzieciaka przegrałem z moim bratem w monopol, bo cwaniak miał hotel właśnie na alejach ujazdowskich. do tej pory pamiętam, ze buliłeś 20 000 jak trafiłeś na tą ulicę. nikt z tego nie mógł wyjść cało...

dobijamy do powiększenia na imprezę, z powodu której w ogóle pojechaliśmy do wwa. 2 urodziny "na stare milion" - kolektywu rafała, połączone z urodzinami diggin.pl, którego reprezentantami na ten wieczór był kodźiro i bracia z jaworu, zwani też potocznie czikitas. znowu widzę się z brendą, dobija kolejny podlaski reprezentant - netczuk. za chwile zdzwaniam się z frankiem, którego minąłem wcześniej na starówce jak miał biznesowy spacer z jakąś skośną laska. dobija bart i jagna i nagle robi sie tylu znajomych, ze przestaje sie czuc jakbym był w nie swoim mieście. lecimy z buczem, frankiem i netczukiem do baru i troche sie do niego przytulamy na dłużej, z chwilowymi przerwami na szluga. Na dolny parkiet schodzimy później ale rychło w czas, bo wchodzą gwiazdy wieczoru - Albrecht Wassersleben i Cuthead - naziści chyba z drezna. Grali gliczowy live-act. Parkiet prawie pełny, kłęby dymu w powietrzu. Muzycznie zajebiście, byłem zachwycony i zasłuchany. Po 20 min. podbija do mnie Rafał i pyta czy nie chce mu pomóc. Okazało sie, ze bramka im sie wysypała i nie mają gościa od kasowania i przybijania ludziom pieczątek. Razem z buczem - najebani podjeliśmy to wyzwanie i przez 2 następne godziny byliśmy bramkarzami w klubie. Kodźiro pomagał nam utrzymać stan nawalenia donosząc nam drinki, więc mogę stwierdzić, że nawet dobrze się bawiłem. Nie ręczę jednak za stan tej kasy, co za nią stałem...
Do domu wróciliśmy o 5am. Chyba.

Następnego dnia późna pobudka. Spokojny ogar i pakowanie. Była sobota, czas na przemieszczenie się z Warszawy do Krakowa - dzień Unsoundu. Zadzwonił bucz zeby spytac jak sie czuje. Chyba spoko. Przypomniał mi tylko, ze nocy wczorajszej udało mi się znaleźć jeszcze czas na zjedzenie 2 kebabów. dwóch...  No nic. Ogarneliśmy Krzyśkowi chatę i odpaliliśmy sie na śniadanio-obiad (bo była pewnie 14). Zjedliśmy potężnego schabowego w szwejku na MDM'ie. MDM to dobrze chamska okolica. Socreal w najlepszym wydaniu. Chyba żadne inne miejsce w Warszawie nie przypomina bardziej moskwy niż ten plac.

Do krakowa wyjechaliśmy o 18... Wszyscy mocno przytyrani. Brenda bardziej chora, mnie zaczęło już łapać. Lewy jeszcze się trzymał. Przejechaliśmy dziwnie szybko, bo w 3,5h. Choć część trasy w standardzie drogi ekspresowej robi dużą różnicę. W Kraku nocowaliśmy u mojego dobrego ziomka Hajzrala. Jego niestety też nie było w domu, więc po prostu wbiliśmy mu się na chatę. Zrzuciliśmy torby i furą prosto do Nowej Huty. Unsound juz czekał.

0

niemcy jadą na moskwę day 1

wyjazd. zbiórka rankiem pod moim blokiem. wytyrany, bo balowałem przez 2 dni z Ingrid. odbiera mnie brenda i kodźiro. wsiadamy do fury jego starego - bo większa i mniej pali. troche pachnie starymi skarpetkami. to ten zapach, którego już z samochodu nie wypędzisz... ale nikt nie narzeka. bardziej sie smiejemy z taty kodźiro. pełna zajawa bo wyjazd w dobrym gronie. jeszcze tylko jedziemy na stacje sie zatankować, zjeść hot doga, wypic kawe i zrobić kupe. w miedzyczasie dzwonia bracia z jawora, nasi współuczestnicy wyprawy. spóźnieni, mówią, że już dojeżdżają, tylko jeszcze muszą zatrzymać sie na statoilu (na tym samym, na kórym ja robie kupe), żeby sie wysrać. nie wiem czy ta historia wnosi cokolwiek do całego wyjazdu but i found it super funny anyway.

trasy nie będę opisywał za długo. jechaliśmy jakimiś objazdami bo przejzad krajową 8 to jakies piekło teraz i mam wrażenie, że niedługo do stolicy będziemy jeździc przez toruń. do tego regularnie co 40km zatrzymywaliśmy sie na szluga (fura napchana palaczami), więc nie ma się co dziwić że dojazd zajął jakieś 960 godzin. koniec konców wieczorem byliśmy na miejscu. zanim jednak dojechaliśmy do naszej noclegowni, musieliśmy coś na szybko zjeść. pojechaliśmy na kebab, o którym kodźiro mi od 2 lat nawija. zachwalał te warszawskie kebcie, jakby nie wiem co tam wkładali. ja - smakosz kebciów wiem co to jakość więc nie chciałem się zbytnio podniecać tymi opowieściami, dopóki nie spróbuję. i kurna spróbowałem. i kurna mogę za tego kebcia się do warszawy przeprowadzić, takim był koniem (a raczej baranem). więcej nie będę opisywał, bo mógłbym całego posta o tym kebciu napisać. zjedliśmy go ze smakiem, po czym załadowaliśmy się na pustą chatę miłego krzysztofa, który wyjechał do krakowa na unsound, więc mogliśmy buszować po jego lokalu sami. mieszka w super cfanej białej kamienicy z ładnym podwórkiem i pełnym ogarem i dużą bramą wejściową, stylówa na wielkomiejską polską kamienicę, takiej we wro nie uświadczysz. w mieszkaniu na wejście zastaliśmy na stole ładną butelkę czerwonego wina z 3 kieliszkami patrzącymi na nas miło. tak się gości wita w stolycy, pomyślałem sobie!

ten wyjazd miał mieć profil melanżowo-eksploracyjny, więc czym prędzej przebarliśmy ciuchy i startowaliśmy gdzies bliżej do centrum. poszedłem ja i lewy, bo brenda czuła dopadającą ją chorobę - to co koniec końców zgubiło naszą trójkę podczas całego wyjazdu. no nic, zebraliśmy dupy w troki i poszliśmy na spotkanie z kolegą rafałem i jego warszawską szajką. siedzieliśmy w bejrucie - zajebistej knajpie z pięknym wystrojem, ładnymi dużymi oknami i dobrze wyglądającym libańskim jedzeniem. byłem pod wrażeniem wszystkich ludzi naokoło, bo było jakieś zatrzęsienie super wyglądających dziewczyn. stylówa bardzo mocno ponad h&m i choć jestem najdalej od śledzenia tego co się nosi, to dało się to od razu zaobserwować.

ten wieczór nie trwał długo. wypiliśmy po 2 piwa i poszliśmy na chatę spać. więcej wrażeń miały przynieść kolejne dni.