pogoda niech sie lepiej zdecyduje bo wywiera na mnie spory wpływ - aktualnie negatywny. odmówiłem już zakładania kurtki ale to nie wychodzi mi na dobre bo to nie jest aura na noszenie bluzy i mam wrazenie ze wyglądam co najmniej głupio. zycze tez sobie, zeby w koncu udało mi się w weekend nie wywalić cysterny wódki i przebyć go tak, żeby w poniedzialek miec kupe mocy, której w ten konkretny poniedzialek raczej nie mam.
początek destrukcji swojego zdrowia zaczął się w piatek. siedzielismy na śró. same typy na chacie. wódka z małą ilością popity, zagryzana cebulowymi prażynkami i kolejny festiwal rapów z nowego jorku z głośników. gralem sobie seta, bo lewy zostawił mi na stałe kontroler, którym jaram się przeokrutnie i co drugi dzien siedze przed nim i kleje sobie domowe rutyny. juz dawno nic nic nie sprawiało mi tyle szczescia, co obsługa tej maszynki.
w sobote byłem za to na ładnym obiedzie u pani gosi. dziadowo troche ale starzejemy sie wiec spodziewam sie wiecej takich imprez w przyszłości. bylo spoko. kupe zajebistego jedzenia i klimat biesiady przy stole. na takim zajebistym ogrodzie zimowym, który przypominał knajpe na stoku w karpaczu. chata gośki obfituje w wiele cwanów, bo na ogrodzie ma bajoro filtrowane przez sztucznie zbudowany wodospad, który uruchamia na guzik. tez jak bede mial swoja chate to se zrobie wodospad na guzik, a co! gosia byla tez na tyle miła, żeby ogarnąć mi wejścówe na maj hed is dabi, więc o północy zlądowałem na imprezie, na którą nie planowałem się dostać. pięknie w tym browarze, ale muzycznie było dla mnie za wiele. techno nakurwiało przeokrutnie i muzycznie nie było nawet chwili, żeby mi się podobało. wyszedłem o 2 nie żegnając się z nikim. byłem nawalony jak szpadel i przeszedłem na piechote na śró śpiewając pełną japą piosenki, które sobie puszczałem z walkmana. aż dziw, że nie dostałem wpierdol, bo byłem piewszym lamusem do lania tego dnia w tej konkretnej okolicy.
niedziela na szczęście już spacerowo-rekreacyjna. byłem na sesji red bulla i słuchałem mądrych rzeczy, które miał do przekazania światu scuba. później delikatne rodzinne obiadki, wizyta u rubików na grillu i spacery po parku południowym. jestem zły na siebie, bo znowu mało rzeczy ważnych ogarnięte i naprawde życze sobie, żeby w następny poniedziałek napisać posta, w którym będzie mniej elementu alkoholowo-hedonistycznego, a więcej produktywnego, bo zginę kiedyś w tym świecie rozkoszy i małych uciech.
mało rzeczy ucieszyło mnie bardziej w 2011 od organizacji "bałaganu na strychu". impreza odbyła się już dawno ale chce o niej krótko napisać, bo naprawde dumny jestem z tego jak wyszła. To była kolejna odsłona sezonu grzewczego, która przebiła oczekiwania wszystkich. Organizowana w ekspresowym tempie i angażująca więcej pomysłu niż pieniędzy udowodniła, że we wrocławiu da się dojebać elegancką bibe-petarde, której nikt w berlinie by się nie powstydził.
8 grudnia udało się dogadać z miłą Asią na wynajęcie Studia BWA. Impreza miała sie odbyć 17.12 w miejscu marzenie. Ponad 300m2 na drugim piętrze w praktycznie pustej kamienicy w samym środku miasta. Miejsce dla wielu nieznane. Stare drewniane deski na podłodze i jedna wielka przestrzeń, z którą można było zrobić wszystko. Szybki ogar line-upu nastąpił w jeden dzien. Na szczęscie nasi lokalni koledzy-faworyci mają w sobie dużo entuzjazmu do podpinania się do takich eventów. Byli: QTV, Pączek i Kazula - wystarczająco żeby dopaprać piękną dyskotekę. Bary i szatnie budowaliśmy w dzień imprezy. Skorzystaliśmy z dużej ilości mebli z magazynu BWA i zrobiliśmy całkiem przyjazną przestrzen z tej galerii. Ściągneliśmy z makro 100 kilo lodu ze stoiska rybnego, bo nie było w czym chłodzić alku. Wrzucaliśmy więc browary i wódkę do wanienek do kąpania dzieci zalanych wodą i wypełnioną lodem. Wódka za 5zł, browar za 6. Nikt nie mógł marudzić, że za drogo. Zaczeliśmy o 22. Po godzinie było 100 osób. O Północy było 220. Event postawiony tylko na fejsie urósł w przeciągu paru dni. Frekwencja była potężna. Kodziro 2 razy jeździł do tesco, bo zaczynało brakować nam alkoholu. W środku nocy wyszedłem zobaczyć co się dzieje na parkiecie i zachciało mi się płakać ze szczęścia. Widziałem Kazule grającego dla jakichs 200 osób tańczących na zapchanym parkiecie. W całym pomieszczeniu było wtedy już lekko ponad 300 osób. Wszyscy uradowani, tańczący i ciepło przyjmujący każdy zagrany numer. Na ścianie wizualki z filmu dokumentalnego o ocenie, którymi jarali się wszyscy. Zajebisty humbak pływający nad głową Pączka wyglądał ekstra . Pączek położył monetę na igle, żeby sprawdzić jak drży sala. Moneta przekoczyła z orła na reszkę. Nice! Stara, wysłużona niemiecka podłoga od basu i ilości osób w nią tupiących chodziła w każdym kierunku. Piękne, nic więcej nie da się powiedzieć. Wtedy byłem w sumie zesrany ze strachu, bo ja naprawde bałem się zlądować na pierwszym piętrze. Na klatce schodowej zaś armia ludzi próbujących wejśc do środka, kiedy od długiego już czasu przestaliśmy wpuszczać. Tańczone było ponoć do 6am. Ponoć, bo ja o 4.30, jak zaczęło się robić luźniej zacząłem pić nieśmiałą wódkę ze wszystkimi znajomymi. Skończyło sie urwanym filmem i 2 godzinnym snem na fotelu koło żula, który władował się do środka klubu i zasnął koło mnie nie zauważony przez nikogo!
Następny dzień, to powrót do BWA na mniej szczęśliwą część organizacji imprez. Sprzątanie. Przyszliśmy tam we trójkę. Ja, Pefex i Kodziro i przez pierwsze 2 godziny nikt nie był zdolny kiwnąć palcem żeby cokolwiek posprzątać z tego bajzlu. Siedzieliśmy i czekaliśmy aż samo się ogranie ale niestety nic takiego nie nadchodziło.
Przy całej zajawie sporo też stresu się nabawiliśmy przy robieniu tego całego bałaganu na strychu. Zaczeło się od pożyczonego transportowego busa, który wzieliśmy od jednego ziomeczka. Przez cały weekend stresowałem sie, ze przetarłem mu cały bok, bo wgniecenie i rysy wyglądały dziwnie świeżo. Przy zwrocie okazało się, że jednak to nie my. Jednak hitem były skradzione obrazy! W jednym z pomieszczeń galerii wisiały zajebiste obrazy. Takie szablony drukowane na płótnie. Cala seria, chyba 8 sztuk. Street artowy styl. Fajnie komponowały się na ścianie, wisiały wysoko więc zdecydowaliśmy się ich nie ściągać wierząc, że nic im sie nie stanie. No i się kurwa przeliczyliśmy. Wszystkie obrazy zniknęły i Aśka z BWA raczej nie była z tego powodu zadowolona. Na szczęście potęga facebooka jest wielka. Puściliśmy list gończy za kimś kto je sobie przywłaszczył i po 2 dniach do BWA zawitał opatulony w szaliki typ, ktory zostawił karton, a w nim wszystkie obrazy! Cwaniura. Do tej pory nie wiem jak przy takiej ilości ludzi udało mu się najpierw zdjąć, a potem wymknąć z 8 obrazami i być niezauważonym przez nikogo. Z resztą nieważne. Najważniejsze jest zakończenie. A los okazał się być dla nas łaskawy. Bałagan na strychu jest dla mnie wydarzeniem muzycznym grudnia we wrocławiu i jaram się, ze we 3 udało sie nam go zrobić, bo zrobiliśmy ją 100% po swojemu, a breslau to kupił. jaram się, ze breslau kupuje takie rzeczy.
ogar ogar ogar. tego najbardziej mi teraz potrzeba. wassapy same sobie nie dadzą rady. jestem juz w pizdu spóźniony ze stroną internetową i z wysyłaniem ofert. spadają na mnie spoko rzeczy niczym manna z nieba. bywają wycieczki, mam propozycje współpracy z cwanymi organizacjami, moge sie promować za darmo na zajebistych portalach, a ja zamiast brać to wszystko w garść i zarabiać tłusty cheedar, to sie lenie jak pizda. jestem mocno zły na siebie ostatnimi czasy, bo mógłbym robic dużo pod kątem pracy, a apatia silniejsza jest ode mnie. i najgorzej ze sam sobie z tego zdaje sprawe. jedyne co musze zrobic, to spiąc dupe i wystartować przed nowym rokiem. wszystko do wykonania, tylko wujek gunther musi sie sam zmobilizowac dla swego własnego dobra. to tyle w temacie pracy, który mnie mocno boli. w sumie to sam sobie funduje tą frustracje. dosyc.
reszta spraw po staremu, czyli nad wyraz aktywnie towarzysko, dużo chalnia i świeżej muzyki. miałem mocno urodzinowy weekend. w piątek swoje dwudzieste któreś obchodzili kosma, kuba i dyd. bylem zatem na trójkącie u kosmy przyjąć z nim troche wódki. sporo znajomych, w salaterach elegancko wyeksponowane pierogi ruskie zalane śmietaną, cebulą i groszkiem konserwowym. spoko było, przyszło dużo ludzi których nie widziałem ale wyszedłem wcześnie. chciałem być świeży rano, bo miałem wychwalać wrocław przed grupą cwaniaków z Anglii. W drodze do domu zadzwonila magda i basar, ze są w szajbie. zeby nie było. nienawidze kurwa szajby i mialem prace z samego rana. mimo to dalem sie skusic na drinka... skonczylem o 7 am w domu...
sobota. dramat... jak sie konczy balowac o 7, to kac przychodzi gdzies w okolicach 16. Mialem wycieczke po 1,5h snu i musialem udawac ze jestem madry w momencie, kiedy poziom mojej inteligencji uległ zgwałceniu, a przetwarzanie informacji przez mój mózg był na poziomie mózgu moich szynszyli. pozniej tylko szybki powrot do domu i musialem kombinowac domówke dla 35 osob. dobrze ze mamie sie chcialo mi pomagac, bo sam chyba bym zaniemógł. wszyscy przyszli ok 20. sami spoko znajomi, duzo polskiej wódki, pieczony indyk i tiramisu na polskim serze aro. w mojej chacie nigdy nie bylo nawet ćwierci tej ilości ludzi. jakos sie zmiescilismy. zwinąłem dywan w rulon i robił za dodatkową kanapę. lewy przyniósł kontroler i mial zagrac urodzinowego seta na stoliku ogrodowym. zagrał może ze 2 numery, bo za kontroler wpuścił mnie, a ja przesycony używkami byłem nim tak podekscytowny, ze zaczałem grać i sam jarać sie tym co grałem. byłem najgorszy, bo nie gadałem z nikim, a świat mógł dla mnie nie istnieć. grałem swoje ulubione kawałki i śpiewałem do komputera. nic mi sie nie miksowało, bo próbowałem zgrać kawałki o jakiejś potęznej róznicy tempa ale nie mialo to wtedy dla mnie zadnego znaczenia. ja bawilem sie przednio sam ze sobą.
później poszliśmy do centrum tam jakaś ambasada, a potem przedwojenna. naprawde wstyd mi tylko końcówki, bo zostałem wyciągnięty do klubu zakazanego, do którego wejście powinno być karane prawem. byłem w antidotum.... zaciągneli mnie tam koledzy, którzy chodzić tam lubią bo mają trochę inne gusta ode mnie. wszedłem i prawie dostałem epilepsji. barmanki - wieśniary z błękitnymi ślimakami na ramionach albo słońcem na karku albo innym klasyku z kolekcji chujowych tatuaży. założe się też ze 80% tych rozbawionych ludzi jeżdziło na blachach DWR albo DTR. muzycznie też mnie nie połechtali tą toporną łupanką prosto z piekła. Nie mogłem tam wysiedzieć. Wyszedłem bez pożegnania. Tej nocy spotkałem też brata mojej starej dziewczyny. Lubie go, przewinelismy co nieco o życiu, a później biedny nie miał się gdzie podziać więc sćiągnąłem go do siebie chate, żeby przezipował tę noc. W taki oto romantyczny sposób zakończyłem moją urodzinową imprezę. Zamiast se jakąś elegancką dziewczynę ogarnąć, dzieliłem kanapę z bratem mojej byłej. Well done Gunther....
W niedziele w miare wczesna pobudka i obiecany przez wszystkich chlopakow mecz w piłę w parku południowym. Zebrało się 10 chlorów. Jeden wyglądał gorzej od drugiego ale karnie przez 2h biegaliśmy za piłą. Więcej w tym śmiechu było niż jakiejkolwiek składnej gry ale ważne, że da się czasem coś zrobić aktywnie w te kacowe niedziele. później jeszcze jakiś obiad rodzinny, kino, klasyczna wieczorna mulonka u kodźiro i po weekendzie. Teraz do roboty. Kurwa!
powyższym hasłem z tytułu posta poczęstował mnie zegarmistrz z oławskiej. próbowałem przy nim naprawić klamre paska od spodni, który kupiłem 4 min wcześniej i już zdążyłem zepsuć. nigdy chyba w pełni nie zgłębie potęgi tego przesłania ale jest z koniem, a ja lubie wszystkie przesłania z koniem.
05.00 zamykamy forme. zachaczając o nocny idziemy do macka i emili, zabierając ze sobą całą chałastrę. po drodze sprawdzamy czy da sie we 4 podnosic samochody. maluchy i seicento sie da. dobijamy na chate. wszyscy ida spac. zostaje z kosmą w kuchni z flaszką wódki. smażymy mielone od czyjejś mamy i jemy z chlebem i musztardą. tacy to pożyją. słuchamy rapów. opowiadam mu o wrocławiu, w którym go nie było przez długi czas. maciek ma dwa rude koty na chacie. siedzimy w kuchni o 8 rano i pijemy wódkę. głaszczemy koty, co siedzą nam na kolanach. przyjaciele...
chwile mnie nie było. troche zgubiłem czas i zapomniałem o blogu. na szczęście, biorąc pod uwagę statystyki z zeszłego miesiąca, picie wódki nie dominowało nad innymi zajęciami, takimi jak praca albo inne. a przynajmniej nie tak bardzo.
strona what's up wroclaw sie kroi i wykluwa w bólach. chujowe jest to, ze takiego bloga moge se pisać godzinami i mam jakikolwiek pomysł na klecenie tych durnych postów. a jak przyjdzie zapełniać strone tekstami o wycieczkach po wrocławiu i o działalności w ogóle, które sobie sam wymyśliłem kurde, to siedze 3h przed kompem i nie moge wyprodukować nawet 5 zdan. mam chyba problem z pisaniem tekstów, które nie zawierają bluzg i takich, które brzmią jakby pisał je zrównoważony typ. no nic. jak sie odpali to od razu pochwale sie swiatu. a co do firmy, to zdarzyła się zajebista rzecz. dzieki pomocy mojego miłego kolegi jay'a z ameryki udało mi się dostać na tripadvisor i mieć tam swój profil, jako jedyna firma robiąca wycieczki po wro. jaram sie, bo grube amerykany czytają ten portal jak pojebani i bedzie z tego małego zabiegu duzo pieniedzy. at least i hope so.
co sie dzieje jeszcze ostatnio? pogoda lekko z pizdy, wiec wszyscy chyba przygaśli. wiecej siedzenia na chacie. sciagam duzo muzyki. sporo czasu siedze w mojej drugiej po domu noclegowni, u kodziro na chacie. Siedzimy, słuchamy muzyki, rozkminiamy jak zarobic strasznie duzo pieniedzy. Coś tam mu nawet pomagam ostatnio, z racji tego ze i tak nic nie robie, oprócz nienormowanej "pracy intelektualnej". Kodziro ma takiego chujowego fiata seicento przerobionego na cieżarówke. Zwany jest rybowozem. Coś tam czasem dla niego woże tym rybowozem, co klamki ma popsute.
to, że bib teraz mniej w moim zyciu (dzieki ci panie), nie znaczy ze ich nie ma wcale. Odpaliliśmy kolejny "sezon grzewczy". tym razem na rapie. Postanowiliśmy przeniesc "rap szalet" do kawiarni i znowu w artzacie udało nam sie zrobic kawał dobrej imprezy. Było kupe znajomych. Zrobiłem też hamburgiery, które nosiłem po klubie na tacy. Jak już mi sie znudziło, postanowiłem skupić sie na wódce. Zwycięzcą imprezy był Kodziro, co najpierw dzielnie stał na bramce i pieczątki z kotwicą ludziom nabijał, a potem jak skończył i wszedł na dj'ke to zapełnił parkiet i oczywiscie z pomocą kolegów nie odpuścił do końca. Kurwa, było naprawde dobrze. Hamburgiery sie wszystkie tylko nie sprzedały. Ale może to dobrze, bo dojadaliśmy w niedziele. Zebraliśmy się w pare osób na chacie pefki, przynieśliśmy gry planszowe. Wpierniczaliśmy hamburgiery, smazyliśmy frytki i graliśmy w rummikub, który jest zajebistą grą. Było super spoko. Muszę chyba zmotywować znajomych, zeby robic to czesciej. Taka niedziela, gdzie choc troche uruchamiasz mózg, niech poczuje ze jest potrzebny! jednak wujek Maciek powiedział mi coś, z czym muszę sie zgodzic. Powiedział: "Stary, dobre są takie wieczory. Ale tylko w niedziele. Bo chyba nie wyobrażasz sobie, ze w piątek zbierzesz tych wszystkich chlorów na granie w jenge i nie skończy sie na chlaniu wódki i wyjściu gdzieś do klubu." No chyba nie ma co się łudzić... Mi w każdym razie wystarczy niedziela. O wiecej nie prosze.
pisze tego posta o 9 rano. ciesze sie ze o tej porze jestem juz wykąpany, świeży i gotowy podjąć wyzwanie jakie stawia mi życie kolejnego jesiennego dnia, bo ostatnio nie było to znowuż takie oczywiste.
w tym roku chyba nieświadomie eksperymentuje ze swoim ciałem i sprawdzam granice jego wytrzymałości na alkohol i ogólne przemęczenie. i po dwóch bardzo solidnych próbach chyba je poznałem. przeżywam 12 dni. później moje ciało wysypuje się totalnie i poprzez jakąś poważną chorobę tłumaczy resztkom mózgu, że należy odpocząć.
tak było pod koniec lipca, kiedy wróciłem z belgii. było ciepło. miałem dużo pieniędzy i niewiele do zrobienia na co dzień. zrobiłem więc melanż... chyba właśnie 12 dni pod rząd na domówkach, open-airach, jednodniowych wyjazdach do podwrocławskich gmin. przez te 2 tygodnie może ze 2 dni byłem w domu. było pięknie ale jakże głupio. erasmus days are gone long time ago. do tego, od czasu kiedy nie mam dziewczyny, odkrywam siebie samego na nowo. nie wiem tylko czy brnę w dobrym kierunku. umiem na przykład bez zatrzymania się przebiec z rynku na ołtaszyn po wypiciu jakiejs niemożliwej dawki wódki. dla przybliżenia powiem, że dla nawalonej osoby ten dystans to mniej więcej coś jak trzeźwemu przebiec z wrocławia do garmisch-partenkirchen. chyba nawet nie chce się zagłębiać w temat, bo lekka siara. no nic. pierwsza próba dokrota gunthera w testowaniu swojego ciała na melanż, zasypianie nie wcześniej niż o 05.30am i głupoty wszelkiej maści zakończyła się pewnej niedzieli, gdy obudziłem się w nieznanej mi lokalizacji z potężną anginą ropną. szczęśliwie adam mnie zawiózł do domu, bo nie byłem zdolny ruszyć palcem. następne dni spędziłem w łóżku, żywiąc się zbawczymi antybiotykami...
żeby nie było. nie jestem dumny z tego, co napisałem powyżej. czasem składa się na to wiele czynników. po pierwsze, i don't work on the daily basis, a po drugie niespecjalnie jaram się siedzeniem w domu, po trzecie dużo ludzi, których znam lubi melanż. kurna, komu ja się tłumaczę? wystarczy tego. to miał być bezpieczny wstęp do opowieści z ostatnich 2 tygodni, kiedy dokonałem kolejnej próby na swoim ciele i znowuż skończyłem gdzie skończyłem - w łóżku panią o imieniu choroba.
zaczęło się 2 tyg temu w środę od wyjazdu do poznania, z resztą już opisanego i zabawa trwała do późnej niedzieli. nadchodzący tydzień miał już być na spokojnie ale w poniedziałek przypomniałem sobie, że we wtorek przyjeżdża ingrid. i cały plan nie melanżowania nie mógł już się wydarzyć.
ingrid jest lesbijką z australii. ciemne, krótkie, przylizane włosy, troche na tatu ale bardziej stylowo, dziara z kolorowym bażantem od kostki po udo, typowo. aktualnie mieszka w berlinie. poznałem ją na wassapach 2 lata temu i mocno polubiłem. jest super spoko. balowaliśmy wtedy przez 2 dni. teraz przyjechała w odwiedziny, na kolejne 2 dni. kto mnie zna, ten wie, że jeżeli chodzi o goszczenie to jestem najlepszą kurwa ciocią halinką w tym regionie. kawy, ciasta, spacery, obiady, wódka, rowery, kultura. jestem z pttk. znam sie na tym. każdy, kto mnie odwiedzał nigdy nie żałował i się nie przechwalam wcale. może ja żałowałem bo zacząłem kolejny tydzień od eleganckiej wódki, bo ingrid pochodzi z kraju wiecznego melanżu (nie mówie o niemcach), a to dopiero był początek tego zgubnego tygodnia., ingrid wyjeżdzała w czwartek. wyszedłem z nią z domu i już czekał na mnie wehikuł, który zabrać mnie miał na kolejny adventure trip. na mega kacu załadowałem się na wyjazd krajoznawczy z moimi dobrymi ludźmi - sir kodźiro i lady brendą. trwał do późnego poniedziałku (czyli przedwczoraj). ale o tym w następnym.
weekend troche mi się rozciągnął albo może przyspieszył. zaczął się w środę w poznaniu i kurna już nie chciał się skończyć. czwartek - powrót z poznania. szybka wycieczka wrocławskimi śladami jana pawła II z 2 miłymi paniami z bristolu. nie miałem jeszcze takiej. chodziłem pod kościół św. elżbiety i pokazywałem ten obciachowy witraż z papieżem i językami światła... nie lubie go, wygląda jak z klatki schodowej fabryki śrubek.
Dostajemy przydziały klubowe i 2 wolontariuszów do pomocy. Ja dostałem jakąs dyskoteke na Rynku, która tej nocy zmieściła w swoich progach z pół tego miasta. Wolontariusze to banda mongołów. Jednego pogoniłem, bo nie mogłem patrzeć na to jak pracuje.
W sumie spoko ten Poznań. Ladne ulice. Klimat troche "na niemca" i nie mówie o architekturze. Jakoś tacy zesztywniali ci poznaniacy. I jeżdzą jakoś przyzwoicie po tych drogach i bajzlu nie ma. Pozapinani w koszule śmigają po klubach. Nikt sie nie tłucze po mordach. Albo może miałem szczęście tego nie widzieć. No nic. Ja skończyłem swoją pracę przed 4am. Spotkałem bucza, a zaraz potem reszte wrocławskich "ogarniaczy". Wszyscy dostali wypłaty, więc można było już teraz nie skupiać się na niczym innym jak skrupulatnym jej przepijaniu. Byliśmy w buddha barze. Muzycznie - przytupaja dyskotekowa jak sie patrzy ale przestrzeni opór. Ładny balkon vel. taras na jakieś 60 miejsc siedzących. Spoko. Siedzimy na tarasie. Wszyscy coraz bardziej załatwieni wódka. Jest z nami ziemniak, więc nie trzeba go było zbyt długo prosić o to żeby zrobił to co robi najlepiej. Żeby zaśpiewał. Rozpoczyna się lawina polskich szlagierów. Jest Beata Kozidrak, Varius Manx, Natalia Kukulska. "Zakręcona" od Reni jest śpiewana przez wszystkich. Drzemy ryje w niebogłosy. Poznań nasłuchuje i nie marudzi. Z buddha baru wychodzimy z ofiarami. Pierwszą i jedyną tej nocy jest Szymon Udziec. Nie trzyma sie na nogach i ciągle mówi, że musi usiąść. Nie słuchamy go i ciągniemy go do "przedwojennej". Udajemy, ze to jego kawalerski. Znowu drzemy japy o 5am. Poznań już prawie śpi. Budzimy go piosenką "Szymon się żeni, O KURWA, Szymon się żeni". Szymon wygląda na bliskiego śmierci. Siada na murku. Nad nim wielki napis jakiegoś lokalnego artysty - "Jak długo mam sie tu odkładać". Jest śmiesznie.
Nie wiem do której bawiliśmy w centrum Poznania. Wiem natomiast, że jadłem najgłupszy trash food w swoim życiu. Na imię miał "Keb-Dog Szwedzki". Nie trzeba być zbyt mądrym aby wydedukować, że to połączenie hot doga z kebabem. Pytanie tylko co za geniusz wymyślił to połączenie... We wrocławiu knysza z parówką faktycznie była legendarna. Poznański przepis był jednak odwrotny. To do bułki z hot-doga chłopcy wrzucali kawałki mięsa z kurczaka i zarzucali sałatką warzywną. Jego szwedzkość chyba polegała na dużej ilości ogórka kiszonego i cebuli prażonej. A jak wiadomo jest to klasyczny dodatek super hot doga z IKEI. Ikea jest ze szwecji, więc ogórek i cebula prażona muszą być szwedzkie - tyle byłem w stanie wymyśleć na tamtą chwilę.Przejście z do hostelu zajęło nam z godzinę. Po pierwsze, bo najebany szymon jest cięższy od dojrzałego żubra, a do tego mieliśmy opór postojów. Głupot ciąg dalszy. Grupowe klęczenie przed sklepem społem i oczekiwanie na jego otwarcie, Stolec śpiewający "knocking on heaven's door" po czesku. W końcu hostel. Tam Pedro wystawił 3 litry whiskey aby dokończyć dzieła zniszczenia alkoholowego. Trwało to chyba do 9am, chyba... To była dobra środa. Czwartek był zaś nie do końca dobry. Ale Halski uważa, ze to nie dlatego że piliśmy do wczesnego rana. On mówi, że to z powodu zaskoczenia organizmu, bo przecież pije się dopiero od czwartku, a tu nagle w środe niespodzianka. Warto w to wierzyc, bo dzis ide na melanż i nie chce, żeby moje ciało czuło się zaskoczone jutro rano.



