Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekend. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekend. Pokaż wszystkie posty
0

world full of human reptiles

pogoda niech sie lepiej zdecyduje bo wywiera na mnie spory wpływ - aktualnie negatywny. odmówiłem już zakładania kurtki ale to nie wychodzi mi na dobre bo to nie jest aura na noszenie bluzy i mam wrazenie ze wyglądam co najmniej głupio. zycze tez sobie, zeby w koncu udało mi się w weekend nie wywalić cysterny wódki i przebyć go tak, żeby w poniedzialek miec kupe mocy, której w ten konkretny poniedzialek raczej nie mam.
początek destrukcji swojego zdrowia zaczął się w piatek. siedzielismy na śró. same typy na chacie. wódka z małą ilością popity, zagryzana cebulowymi prażynkami i kolejny festiwal rapów z nowego jorku z głośników. gralem sobie seta, bo lewy zostawił mi na stałe kontroler, którym jaram się przeokrutnie i co drugi dzien siedze przed nim i kleje sobie domowe rutyny. juz dawno nic nic nie sprawiało mi tyle szczescia, co obsługa tej maszynki.

w sobote byłem za to na ładnym obiedzie u pani gosi. dziadowo troche ale starzejemy sie wiec spodziewam sie wiecej takich imprez w przyszłości. bylo spoko. kupe zajebistego jedzenia i klimat biesiady przy stole. na takim zajebistym ogrodzie zimowym, który przypominał knajpe na stoku w karpaczu. chata gośki obfituje w wiele cwanów, bo na ogrodzie ma bajoro filtrowane przez sztucznie zbudowany wodospad, który uruchamia na guzik. tez jak bede mial swoja chate to se zrobie wodospad na guzik, a co! gosia byla tez na tyle miła, żeby ogarnąć mi wejścówe na maj hed is dabi, więc o północy zlądowałem na imprezie, na którą nie planowałem się dostać. pięknie w tym browarze, ale muzycznie było dla mnie za wiele. techno nakurwiało przeokrutnie i muzycznie nie było nawet chwili, żeby mi się podobało. wyszedłem o 2 nie żegnając się z nikim. byłem nawalony jak szpadel i przeszedłem na piechote na śró śpiewając pełną japą piosenki, które sobie puszczałem z walkmana. aż dziw, że nie dostałem wpierdol, bo byłem piewszym lamusem do lania tego dnia w tej konkretnej okolicy.

niedziela na szczęście już spacerowo-rekreacyjna. byłem na sesji red bulla i słuchałem mądrych rzeczy, które miał do przekazania światu scuba. później delikatne rodzinne obiadki, wizyta u rubików na grillu i spacery po parku południowym. jestem zły na siebie, bo znowu mało rzeczy ważnych ogarnięte i naprawde życze sobie, żeby w następny poniedziałek napisać posta, w którym będzie mniej elementu alkoholowo-hedonistycznego, a więcej produktywnego, bo zginę kiedyś w tym świecie rozkoszy i małych uciech.

1

polewka z typiar i typów ogólnie

Byl sobie tydzien i był sobie weekend. Z tygodnia zadowolony pół na pół. Było dobrze, bo sie wycieczki uruchomili. Dalej chyba robie to z zajawą i wszyscy szczęśliwi. Są uściski i brawa. Strasznie to głupie klaskać gościowi, co z tobą poszedl na spacer. Juz mniej czerstwe jest klaskanie w samolocie ale przynajmniej sygnalizuje to, ze sie ludziom podobało, wiec spoko. Teraz bedzie tylko lepiej i nie moge sie doczekac momentu, kiedy bede musial odmawiac melanżu, bo mam za duzo pracy. Dalej brakuje mi rutyny i solidnego skupienia sie na rzeczach waznych, a odpuszczenie sobie rzeczy mniej waznych.

Weekend jak zwykle solidnie. Piatek impreza u pana pefki. Ameryka taka ze, zaden wariat z LA by sie nie obrazil na takie garden party. Byl cieply wieczor, duzy grill, wizualki na ogrodzie, kupe ludzi. Ja troche przegialem z rozgrzewką u brendy i kodźiro i przyszedłem do niego w stanie, który utrudniał mi rozmowę z kimkolwiek. Tym bardziej ciesze sie ze przynieslismy kontroler do grania i skupilem sie na puszczaniu muzyki. Tam sam sobie śpiewałem do komputera i bawiłem sie w najlepsze... Impreza sie skonczyla, bo przyszli panowie policjanci i sprawnie rozpedzili tłum, bo podobno napierdzielało hałasem juz na początku ulicy. I tak było już późno, wiec chyba nawet dobrze sie zgralismy czasowo z tą policją. W sobote za to poranna pobudka i poszlismy z mackiem na kawe do rozrusznika. Siedzielismy na lawce przed witryną, jaraliśmy szlugi i liczyliśmy daewoo przejeżdzające przez cybulskiego. Bo nie wiem czy ktokolwiek sie orientuje ale cybulskiego zbiera prawdopodobnie polowe wszystkich daewoo, które jeszcze jeżdża po wrocławiu. Póżniej troche spacerów i zajawa słońcem, bo to juz drugi dobry i słoneczny weekend we Wro. Wieczór na spokojnie - siedziałem na krzykach i oglądałem "kochaj i tańcz" - film uważam wybitny. A to dlatego, ze producenci i aktorzy osiągnęli szczyt jeżeli chodzi o swóje umiejętności artystyczne. Bo tam takiej Kasi Figurze i bandzie innych średnio dobrych aktorów kazano zagrać chujowo i im sie udało. Coś tak samo trudnego, jak opowiadać kawał udając typa który nie umie opowiadać kawału i być w tym wiarygodnym. Tylko wybitni potrafią zejść poniżej swojego poziomu (lepszego lub gorszego) i zaprezentować chujową jakość i dać ludziom uwierzyć, że oni naprawde dają z siebie wszystko wcielając się w tę rolę. Niewiarygodne. I to każdy kto tam występuje, bez wyjątku. Scenarzystę natomiast zatrudniłbym na stałe aby pisał adaptacje epopei narodowych - bo tyle drętwych emocji, które czają się między słowami każdego z wypowiadanych zdań już dawno nie widziałem. Inną wizję przyszłości dla tych państwa widzę ewentualnie w emigracji do Grecji, kraju chujowych ludzi. Niech założą mleczarnie i ubijają fetę całą szajką. Później mogliby założyć firmę  "kochaj i jedz fetę". Następnie napiszą scenariusz do filmu o takim samym tytule. Może Julia Roberts sie skusi. Kto wie. Już widzę te dialogi:

Mateusz Damięcki: - "Laura, wróć ze mną do Nowego Jorku. Co z firmą? Zarząd czeka na twoje decyzje?"
Julia Roberts: - "Daj mi spokój Brad. W życiu nie chodzi o pieniądze. Czy ty tego nie widzisz? Ja chcę używać życia. Kocham to miejsce. Kocham fetę. Żaden sukces w naszej firmie nie smakuje tak dobrze jak ten ser. Zostanę tutaj." ( w tym miejscu Julia naciera się fetą po całym ciele i doznaje ekstazy).
Mateusz Damięcki - "Kompletnie ci odbiło. A co z dziećmi? One potrzebują matki."
Julia: "Feeeetaaaaaa, kuuurrrrrwaaaaaaaaaaaaaaaaa!" (Mateusz Damięcki zaczyna płakać i odchodzi w dół doliny. Kamera odchodzi i łapie panoramiczne ujęcie na wioskę. Widać białe greckie domy, z niebieskimi kopułami. Na ławce siedzi  Julia i banda greckich wieśniaków przy stole z kraciastą ceratą. Zbliżenie na Julie. Kąsa fetę i zamyka oczy. Na podkładzie leci Natalie Imbruglia."

P.S.
W niedziele przyjechałem do domu o 8 rano. Chciałem sie zdrzemnąć ale od czasu, gdy zrobiło się cieplej Somalia budzi się wraz ze wschodem słońca, i od razu za oknem słychać dźwięki dartej młodocianej mordy albo tłuczonego szkła. Miałem też okazję oglądać z okna nową dyscypline olimpijską. Cygańskie bule. Formuła gry zbliżona do tych normalnych buli. Jest tak zwana świnka - w wejsji cygańskiej jest to cegła. No i są kule, którymi należy dorzucić jak najbliżej do świnki. W wersji cygańskiej też jest to cegła. W wersji cygańskiej ważne jest też to, żeby świnkę ustawić nie mniej niż 20m od siebie. Zatem przez godzinę oglądałem nawalonych cyganów jak napierdalają cegłami przez pół wielkiego podwórka. W wyobraźni widziałem tego popołudnia 2 zgony, 3 wstrząsy mózgu, 1 zwichnięcie barku i 10 wybitych okien. Ale nic sie nie stało. Więc albo moja wyobraźnia troche się rozpędza albo śró to po prostu bezpieczna okolica.



0

nie jesteśmy randomową firmą ścigającą tornada...

z ciekawości sprawdzałem dziś czy są jakieś firmy turystyczne, które wykorzystują podobne "hasło reklamowe", co ja. w toronto jest taka. zajmują się ściganiem tornad w vanie i zgarniają pewnie za to dobre siano. niesamowite, na czym ludzie potrafią zarabiać pieniądze. w zakładce z ich referencjami od klientów jeden napisał, że to najlepsze śledzenie tornad, na jakim kiedykolwiek był. wow. czyli musial być tez na innych. nie do wiary. może ja też, jak bóg da, kiedyś uruchomie opcje podwodnego obserwowania wylęgu karpi w stawach milickich, to by była dopiero usługa. no w każdym razie dalej jestem miło podekscytowany byciem prezesem. mam nadzieje, ze zajawa nie zgaśnie w dniu opłaty pierwszego Zusu z własnej kieszeni. W każdym razie dużo sie dzieje i dotykam rzeczy, o których jeszcze 2 lata temu mogłem pomarzyć. Mam zajebiste obawy czy wszystko pójdzie po mojej myśli, bo wchodzę na naprawdę głęboką wodę i przyjmuje zlecenia, na które na chwilę obecną nie wiem czy nie jestem za cienki ale jak się uda, to będe z siebie dumny, bardzo dumny.

Tyle o biznesach. Tera życie. Jestem po pięknym weekendzie. Znowu zbyt ubarwionym kolorem wódki ale był aktywny i nie zarzuce sobie tego, ze bylem nudnym typem. W sobote i niedziele park południowy przez długie godziny. Dużo bieganego za frisbee, zbiórki towarzyskie, pierwszy grill. Jaram się pogodą. Wyrzuciłem już kurtkę w jakiś ciemny kąt przedpokoju i nie mam zamiaru juz nawet jej szukać. Jaram się centrum zagęszczonym ludźmi. Przeokrutnie jaram się, że dziewczyny nie noszą już tych czerstwych kozaków po kolana , bo ich nie znosze. W ogole dziewczyny są 100 razy bardziej spoko na wiosne, niz w zime. W sensie wizualnie. Wow, to było jedno z bardziej słabych zdan jakie napisałem na tym blogu...

Moje zauroczenie śródmieściem nie gaśnie. Byłem w tamtym tygodniu z agrem na jakimś lekkim spacerze po kwadracie. Obczajaliśmy dekoracje na bramach. Agro pokazał mi pare dobrych miejscówek, których nie znałem i powiedział, że na działkach obok był kiedyś targ z używanym sprzętami. Takie lokalne niskie łąki w środku działek. Rozgryzaliśmy też zagadkę torów prowadzących do jakiegoś budynku, którego już tam nie ma. Nie no, ta okolica urywa dupe. Barlickiego, Pestalozziego, Niemcewicza to okolice z kosmosu. Czuje sie jakbym nigdy nie mieszkał we Wroclawiu. Byłem na rowerze w sobote o 8 rano. Tam są 2 piekarnie w okolicy, do których "sie chodzi". Jedna na bema, druga - "dobry chleb" przy jedności. w obu kolejka po ten chleb wychodziła na ulice i myśle, ze spokojnie stania tam było na jakieś 10 min. lubie te cwane warzywniaki, w których zawsze spotkasz tą samą mordę wąsatego typa za ladą albo pyzatej miłej pani w innym. Mają tam wszystko. Czarną rzepę, lubczyk i inne rzeczy których nie wiem do czego dodać. Nawet trawe cytrynową mają. Kurwa, trawe cytrynową? Kto tego używa na Ołbinie? Bo chyba te chlory z okolicy nie gotują sobie zupy tajskiej do harnasia i szlugów route 66, które zdają się być dietą większości mieszkańców. wow

W ogole gotowania teraz nie ma konca. Mam kuchnie gazową i 9 miechów w plecy w gotowanku. mam zajawe na polskie dania niskobudżetowe. marchewka z groszkiem, klopsy, rosół z kury wiejskiej. na dania z trawy cytrynowej przyjdzie jeszcze czas.

aha. w sobote byl ostatni rap szalet w klubie. ciesze sie ze juz za miesiac wynosimy sie w plener. królem tego wieczoru był anton, który najebany spadł z samej góry, gdy chciał zjechać na poręczy i spadł na jakieś kartony, które prawdopodobnie uratowały mu życie. anton wyszedl ze szpitala tej samej nocy nie doznając nawet najmniejszych obrażeń ciała. najebane typy to dopiero potrafią spadać na miękko.

0

zeby jeden czlowiek drugiego czlowieka w glowe...

siedze na obn i sie oswajam z nowa chatą. lubie ją, choc straszna tu partyzantka i kurzy sie co najmniej tak, jak na żużlu w sobote na olimpijskim. jaram się śródmieściem. wczoraj byl u mnie maciek i poszlismy na kwadrat. kupe dobrych miejsc, zajebiste punkty usługowe, wszystko blisko. chyba o to chodzilo. ogarnalem swoj pokoj. w koncu nie spie w spiworze, poodkurzalem i umylem podloge na mokro. no i wreszcie wyglada jak pokoj w miare ogarnietego typa, a do takiego tytułu w tym roku pretenduje. chociaz po ostatnim tygodniu znowuż pojawił się element zwątpienia w to moje bycie ogarnietym.

piatek - sezon grzewczy. ludzi sporo ale bez jakiejś specjalnej petardy. spóźniliśmy sie ze wszystkim. z graniem , z rozstawianiem sprzętu ale to byl chyba najluzniejszy dla mnie sezon. duzo wodki. znowu. powrot o jakiejs absurdalnej godzinie.

w sobote za to basar wyciagnal mnie na turniej judo do kątów wrocławskich.... pobudka o 7 rano. nie do wiary ze sie podniosłem. łeb parował mi od alkoholu. ale byłem mile zaskoczony. zajebisty ten sport, nigdy nie obserwowalem judo ale jest mega spoko do oglądania. kac zszedł szybko, nawet poszedlem z miłą anią na spacer po kątach. poszliśmy na rynek, na targ i potem na boisko. palilismy szlugi i sluchalismy rapu z komórki. dramat te kąty wrocławskie. pociąłbym sie jakbym mial tam mieszkac. no nic to. jak juz stamtąd wrocilem, to szybki ogar i strzala na bifor urodzin splendid. sporo znajomych. kosma pociął sobie warge ukruszoną szyjką od browaru i poszlismy do loginu z kropkami jego krwi na kurtkach, bo kretyn pluł na wszystkich. dalej tego nie moge doczyscic. w kazdym razie w loginie spoko. dużo klaskania kolanami. jakieś przypały prosto z liceum ogólnokształcącego, kiedy z karoliną i kasią poszliśmy zrobić gin z tonikiem do kibla i ochroniarz nas dojechal i pogonil z klubu. smieszne to bylo. tej nocy zalapalem jeszcze urodziny radka. byla chyba 4 jak tam wbilem. jedyny nie ubrany elegancko. tanczylem do piosenek rockowych. chyba bylo spoko. ta noc znowu skonczyla sie za pozno.

niedziela. pierwsza zbiorka ziomków na kwadracie. najpierw sniadanie u lewego na somalii. zrobilem chleby z dziurką i uratowałem sobie i innym ten dzien, bo dobre polskie tłuste śniadanie ratuje jak nic innego. pozniej zabralismy ziemniaka i jego dziewcze na kawe do rozrusznika. spoko dzien. duzo slonca, coraz wiecej czuc tej wiosny w powieczu. widzialem jakies ptaki co chyba wracają na słoneczną zipere tutaj. najblizszy weekend w ogole juz zapowiada sie plenerowo. zycze sobie mniej alku, bo chyba przegialem z tym weekendem.

2 fajne rzeczy wydarzyly sie ostatnio. pierwsza - lewy w piatek zaprosil mnie do siebie do audycji do radia luz i poprowadzilismy ja razem. puszczalismy muzyke i gadalismy o niej. super spoko, naprawde mi sie podobalo. gadalismy tak, jakbysmy siedzieli na balkonie paląc szlugi, w sensie luźno. a jak juz zadebiutowalem w jednym radiu, to w niedziele mialem powtorke. u druha sławka w audycji. super ekstra. smieszny ten slawek. gadalismy o imprezach rapowych. wyglada jak hipis, z kolczykiem w uchu i kolorowej koszuli. jakby mi ktos powiedzial 13 lat temu, kiedy w radiostacji sluchalem kazdej jego audycji, ze bede jego gosciem, to moglbym nie uwierzyc.

no i ostatnia sprawa. dzis oficjalnie założyłem firme i nie ukrywam ze to specjalny dzien dla mnie. szczescie w polaczeniu z jakimis dziwnymi obawami. w kazdym razie 13.03.2012 zostanie zapamietany. oby tylko dobrze. ide posluchac hadesa. numer zimna krew slyszalem juz dzisiaj jakies 600 razy i nie chce zmieniac. juz dawno nie slyszalem tak madrego polskiego rapu.

0

it's real rabbit. i also have fox and rakoon

mój tato korzystając z dość pokaznego zasobu staropolskich mądrości, które magazynuje w swojej głowie rzekł mi ostatnio: kto nie ma miedzi - ten w domu siedzi. i to przysłowie objęło oficjalny patronat nad moim życiem ostatnimi czasy. jest zimno, nie ma ciapy i jak boga kocham juz dawno tyle nie siedzialem w domu jak w styczniu i na początku lutego. jest ładnie ale chyba mróz mnie wkurwia i nie chce nawet podejmować próby spotkania się z mrozem na twarzą w twarz. jakbym miał szersze kaloryfery na chacie, to wzorem mojego kota byłbym zdolny położyć się na nim i tkwić tam do wieczora. nie podoba mi sie do konca ta zimowa hibernacja ale chyba wychodzi mi to na zdrowie. w końcu odpaliłem website, troche czytam, zabieram brytyjskiemu przemysłowi fonograficznemu sporo ich owoców i długo śpię. wiem, ze to ostatni miesiąc siedzenia na dupie. bo jak w marcu sie zacznie to nie wydostane sie z turystyki az do listopada. a propos turystyki, dostałem właśnie zajebistą pracę przy Euro. Mam do ogarnięcia grupę sponsorską za dobre siano. Chyba najlepszą zaletą tej pracy jest to, żę wszystkie mecze rozgrywane we Wro obejrze na żywo z jakiejś cwanej loży i jaram sie jak dziecko. pow! ale o tym kiedy indziej.

Weekend był luźny. Siedziałem w domu. Na szczęście nie swoim. Piątek u kodźiro i brendy. Dużo muzyki, jakieś małe granie amatorskich setów, gotowanko, rummikub. Relaks jakiego trzeba. I jak już wydostałem się z domu, to znowuż bardzo nie chciałem do niego wracać. Zadzwonil szczepan. Zapraszał do siebie na zabawe (w domu). Mieszkanie szczepana to moje drugie ulubione mieszkanie, w którym przebywam dość sporo. Oprócz tego że mają na chacie jakieś 12 stopni... Generalnie chłopcy jak zaciskają pasa na zime, to robią to z przytupem. Trudno czasem wysiedzieć dłużej na kanapie, bo stopy się wyziębiają. No i filmu bez śpiwora też raczej sie nie da obejrzeć. Zimowe realia wrocławskich kamienic. Do szczepana w kazdym razie dotarłem późnym wieczorem. W środku same typy, żadnej dziewczyny. Na stole dużo wódki, zbyszko 3 cytryny, smalec w słoiku i dużo zjedzonych deserów czekoladowych zapchanych kiepami. W takich mieszkaniach bardzo łatwo wydedukować dominację meżczyzn. Lubie ich chate, bo ma dużo funku. wielka jak hala sportowa. Okna wieksze od szafy 3-dzrwiowej, zdobione sufity, najbardziej wieśniacka kuchnia jaką kiedykolwiek widziałem. Taka z lat 90. Najgorsze płyty wiórowe zbite w półki i oklejone taką okładziną co udaje marmur. Jaram się. Zatem sobota stanęła pod znakiem spektakularnego melanżu, durnych gadek, słuchania hemp gru i zipery przemieszanej z vengaboys i grania w piłkarzyki, które mają na chacie i w sumie wyszło tak, ze jak wyszedłem w piatek z chaty, to wróciłem do niej pare godzin temu (w sensie poniedziałek). Ale to był dobry weekend i nie przegiety melanżowo. Teraz mogę sobie wrócić to pracy. W domu...


2

bardak na wtarom etaże

mało rzeczy ucieszyło mnie bardziej w 2011 od organizacji "bałaganu na strychu". impreza odbyła się już dawno ale chce o niej krótko napisać, bo naprawde dumny jestem z tego jak wyszła. To była kolejna odsłona sezonu grzewczego, która przebiła oczekiwania wszystkich. Organizowana w ekspresowym tempie i angażująca więcej pomysłu niż pieniędzy udowodniła, że we wrocławiu da się dojebać elegancką bibe-petarde, której nikt w berlinie by się nie powstydził.

8 grudnia udało się dogadać z miłą Asią na wynajęcie Studia BWA. Impreza miała sie odbyć 17.12 w miejscu marzenie. Ponad 300m2 na drugim piętrze w praktycznie pustej kamienicy w samym środku miasta. Miejsce dla wielu nieznane. Stare drewniane deski na podłodze i jedna wielka przestrzeń, z którą można było zrobić wszystko. Szybki ogar line-upu nastąpił w jeden dzien. Na szczęscie nasi lokalni koledzy-faworyci mają w sobie dużo entuzjazmu do podpinania się do takich eventów. Byli:  QTV, Pączek i Kazula - wystarczająco żeby dopaprać piękną dyskotekę. Bary i szatnie budowaliśmy w dzień imprezy. Skorzystaliśmy z dużej ilości mebli z magazynu BWA i zrobiliśmy całkiem przyjazną przestrzen z tej galerii. Ściągneliśmy z makro 100 kilo lodu ze stoiska rybnego, bo nie było w czym chłodzić alku. Wrzucaliśmy więc browary i wódkę do wanienek do kąpania dzieci zalanych wodą i wypełnioną lodem. Wódka za 5zł, browar za 6. Nikt nie mógł marudzić, że za drogo. Zaczeliśmy o 22. Po godzinie było 100 osób. O Północy było 220. Event postawiony tylko na fejsie urósł w przeciągu paru dni. Frekwencja była potężna. Kodziro 2 razy jeździł do tesco, bo zaczynało brakować nam alkoholu. W środku nocy wyszedłem zobaczyć co się dzieje na parkiecie i zachciało mi się płakać ze szczęścia. Widziałem Kazule grającego dla jakichs 200 osób tańczących na zapchanym parkiecie. W całym pomieszczeniu było wtedy już lekko ponad 300 osób. Wszyscy uradowani, tańczący i ciepło przyjmujący każdy zagrany numer. Na ścianie wizualki z filmu dokumentalnego o ocenie, którymi jarali się wszyscy. Zajebisty humbak pływający nad głową Pączka wyglądał ekstra . Pączek położył monetę na igle, żeby sprawdzić jak drży sala. Moneta przekoczyła z orła na reszkę. Nice! Stara, wysłużona niemiecka podłoga od basu i ilości osób w nią tupiących chodziła w każdym kierunku. Piękne, nic więcej nie da się powiedzieć. Wtedy byłem w sumie zesrany ze strachu, bo ja naprawde bałem się zlądować na pierwszym piętrze. Na klatce schodowej zaś armia ludzi próbujących wejśc do środka, kiedy od długiego już czasu przestaliśmy wpuszczać. Tańczone było ponoć do 6am. Ponoć, bo ja o 4.30, jak zaczęło się robić luźniej zacząłem pić nieśmiałą wódkę ze wszystkimi znajomymi. Skończyło sie urwanym filmem i 2 godzinnym snem na fotelu koło żula, który władował się do środka klubu i zasnął koło mnie nie zauważony przez nikogo!

Następny dzień, to powrót do BWA na mniej szczęśliwą część organizacji imprez. Sprzątanie. Przyszliśmy tam we trójkę. Ja, Pefex i Kodziro i przez pierwsze 2 godziny nikt nie był zdolny kiwnąć palcem żeby cokolwiek posprzątać z tego bajzlu. Siedzieliśmy i czekaliśmy aż samo się ogranie ale niestety nic takiego nie nadchodziło.

Przy całej zajawie sporo też stresu się nabawiliśmy przy robieniu tego całego bałaganu na strychu. Zaczeło się od pożyczonego transportowego busa, który wzieliśmy od jednego ziomeczka. Przez cały weekend stresowałem sie, ze przetarłem mu cały bok, bo wgniecenie i rysy wyglądały dziwnie świeżo. Przy zwrocie okazało się, że jednak to nie my. Jednak hitem były skradzione obrazy! W jednym z pomieszczeń galerii wisiały zajebiste obrazy. Takie szablony drukowane na płótnie. Cala seria, chyba 8 sztuk. Street artowy styl. Fajnie komponowały się na ścianie, wisiały wysoko więc zdecydowaliśmy się ich nie ściągać wierząc, że nic im sie nie stanie. No i się kurwa przeliczyliśmy. Wszystkie obrazy zniknęły i Aśka z BWA raczej nie była z tego powodu zadowolona. Na szczęście potęga facebooka jest wielka. Puściliśmy list gończy za kimś kto je sobie przywłaszczył i po 2 dniach do BWA zawitał opatulony w szaliki typ, ktory zostawił karton, a w nim wszystkie obrazy! Cwaniura. Do tej pory nie wiem jak przy takiej ilości ludzi udało mu się najpierw zdjąć, a potem wymknąć z 8 obrazami i być niezauważonym przez nikogo. Z resztą nieważne. Najważniejsze jest zakończenie. A los okazał się być dla nas łaskawy. Bałagan na strychu jest dla mnie wydarzeniem muzycznym grudnia we wrocławiu i jaram się, ze we 3 udało sie nam go zrobić, bo zrobiliśmy ją 100% po swojemu, a breslau to kupił. jaram się, ze breslau kupuje takie rzeczy.

0

uleci wróblem, a wróci wołem

ogar ogar ogar. tego najbardziej mi teraz potrzeba. wassapy same sobie nie dadzą rady. jestem juz w pizdu spóźniony ze stroną internetową i z wysyłaniem ofert. spadają na mnie spoko rzeczy niczym manna z nieba. bywają wycieczki, mam propozycje współpracy z cwanymi organizacjami, moge sie promować za darmo na zajebistych portalach, a ja zamiast brać to wszystko w garść i zarabiać tłusty cheedar, to sie lenie jak pizda. jestem mocno zły na siebie ostatnimi czasy, bo mógłbym robic dużo pod kątem pracy, a apatia silniejsza jest ode mnie. i najgorzej ze sam sobie z tego zdaje sprawe. jedyne co musze zrobic, to spiąc dupe i wystartować przed nowym rokiem. wszystko do wykonania, tylko wujek gunther musi sie sam zmobilizowac dla swego własnego dobra. to tyle w temacie pracy, który mnie mocno boli. w sumie to sam sobie funduje tą frustracje. dosyc.

reszta spraw po staremu, czyli nad wyraz aktywnie towarzysko, dużo chalnia i świeżej muzyki. miałem mocno urodzinowy weekend. w piątek swoje dwudzieste któreś obchodzili kosma, kuba i dyd. bylem zatem na trójkącie u kosmy przyjąć z nim troche wódki. sporo znajomych, w salaterach elegancko wyeksponowane pierogi ruskie zalane śmietaną, cebulą i groszkiem konserwowym. spoko było, przyszło dużo ludzi których nie widziałem ale wyszedłem wcześnie. chciałem być świeży rano, bo miałem wychwalać wrocław przed grupą cwaniaków z Anglii. W drodze do domu zadzwonila magda i basar, ze są w szajbie. zeby nie było. nienawidze kurwa szajby i mialem prace z samego rana. mimo to dalem sie skusic na drinka... skonczylem o 7 am w domu...

sobota. dramat... jak sie konczy balowac o 7, to kac przychodzi gdzies w okolicach 16. Mialem wycieczke po 1,5h snu i musialem udawac ze jestem madry w momencie, kiedy poziom mojej inteligencji uległ zgwałceniu, a przetwarzanie informacji przez mój mózg był na poziomie mózgu moich szynszyli. pozniej tylko szybki powrot do domu i musialem kombinowac domówke dla 35 osob. dobrze ze mamie sie chcialo mi pomagac, bo sam chyba bym zaniemógł. wszyscy przyszli ok 20. sami spoko znajomi, duzo polskiej wódki, pieczony indyk i tiramisu na polskim serze aro. w mojej chacie nigdy nie bylo nawet ćwierci tej ilości ludzi. jakos sie zmiescilismy. zwinąłem dywan w rulon i robił za dodatkową kanapę. lewy przyniósł kontroler i mial zagrac urodzinowego seta na stoliku ogrodowym. zagrał może ze 2 numery, bo za kontroler wpuścił mnie, a ja przesycony używkami byłem nim tak podekscytowny, ze zaczałem grać i sam jarać sie tym co grałem. byłem najgorszy, bo nie gadałem z nikim, a świat mógł dla mnie nie istnieć. grałem swoje ulubione kawałki i śpiewałem do komputera. nic mi sie nie miksowało, bo próbowałem zgrać kawałki o jakiejś potęznej róznicy tempa ale nie mialo to wtedy dla mnie zadnego znaczenia. ja bawilem sie przednio sam ze sobą.
później poszliśmy do centrum  tam jakaś ambasada, a potem przedwojenna. naprawde wstyd mi tylko końcówki, bo zostałem wyciągnięty do klubu zakazanego, do którego wejście powinno być karane prawem. byłem w antidotum.... zaciągneli mnie tam koledzy, którzy chodzić tam lubią bo mają trochę inne gusta ode mnie. wszedłem i prawie dostałem epilepsji. barmanki - wieśniary z błękitnymi ślimakami na ramionach albo słońcem na karku albo innym klasyku z kolekcji chujowych tatuaży. założe się też ze 80% tych rozbawionych ludzi jeżdziło na blachach DWR albo DTR.  muzycznie też mnie nie połechtali tą toporną łupanką prosto z piekła. Nie mogłem tam wysiedzieć. Wyszedłem bez pożegnania. Tej nocy spotkałem też brata mojej starej dziewczyny. Lubie go, przewinelismy co nieco o życiu, a później biedny nie miał się gdzie podziać więc sćiągnąłem go do siebie chate, żeby przezipował tę noc. W taki oto romantyczny sposób zakończyłem moją urodzinową imprezę. Zamiast se jakąś elegancką dziewczynę ogarnąć, dzieliłem kanapę z bratem mojej byłej. Well done Gunther....

W niedziele w miare wczesna pobudka i obiecany przez wszystkich chlopakow mecz w piłę w parku południowym. Zebrało się 10 chlorów. Jeden wyglądał gorzej od drugiego ale karnie przez 2h biegaliśmy za piłą. Więcej w tym śmiechu było niż jakiejkolwiek składnej gry ale ważne, że da się czasem coś zrobić aktywnie w te kacowe niedziele. później jeszcze jakiś obiad rodzinny, kino, klasyczna wieczorna mulonka u kodźiro i po weekendzie. Teraz do roboty. Kurwa!

1

u mamówy

Takie sniadanie zastałem wczoraj na stole jak sie obudzilem. Tu nie chodzi nawet o ilość i różnorodność jedzenia ale ta stylówa jest nie do podrobienia. Tam było tyle matczynej miłości na talerzu, że prawie się rozpłakałem. Z drugiej strony, mam wrażenie ze gdybym nie był spoko synem, to nie byłoby spoko śniadań... Albo przynajmniej chce w to wierzyc.    

Po moich spektakularnych wyczynach w środku tygodnia, weekend stanął pod znakiem spokoju i refleksji. Zadnych gupich akcji. Nie oznacza to, ze nie wychodzilem z domu ale byłem raczej tym nudnym na imprezie, co nie umie sie wstrzelić w wir rozmowy najebanych ludzi naokoło. Szczerze mówiąc dawno nie byłem tym nienawalonym i zupelnie sie gubilem. W piątek byłem u Franka. Wynajął chate w rynku, zeby tam rozrabiac ze znajomymi. Przyjechalem tam w dresie dla pewności, ze nie podkusi mnie zeby jeszcze dalej gdzies pojsc. Cała impreza skończyla sie spektakularnym wjazdem policji i wyrzuceniem wszystkich z chaty. Zatem piatek skonczyl sie latwo. Sobota na ksiazce, kinie. Widziałem sie z jedrasem. Oglądalismy relacje z imprezy fatboy slima w brighton beach z przed chyba 8 lat. Spoko. Niezła mielonka. Chyba z ponad 100 000 przerobionych brytoli bawi sie na plazy. Tak mijała sobota. Na kanapie i zupce chińskiej. Nothing special ale chyba bardzo dobrze, ze tak sie dzialo, bo moj organizm tego ode mnie wymagal. W niedziele widziałem za to miłą magalene, z którą przekminiliśmy chyba każdy problem świata i ludzkości jaki się ever pojawił przy kawie, herbacie i smażonym serze. Juz dawno tyle z kims nie rozmawiałem na normalne tematy. O wiele lepszy taki koniec tygodnia, niż sie nawalić po raz miliardowy. Jaram sie. Mniej libacji, więcej konwersacji. Taki wnosek z tego weekendu.

0

niech zstąpi koń twój i odmieni oblicze ziemi

chwile mnie nie było. troche zgubiłem czas i zapomniałem o blogu. na szczęście, biorąc pod uwagę statystyki z zeszłego miesiąca, picie wódki nie dominowało nad innymi zajęciami, takimi jak praca albo inne. a przynajmniej nie tak bardzo.

strona what's up wroclaw sie kroi i wykluwa w bólach. chujowe jest to, ze takiego bloga moge se pisać godzinami i mam jakikolwiek pomysł na klecenie tych durnych postów. a jak przyjdzie zapełniać strone tekstami o wycieczkach po wrocławiu i o działalności w ogóle, które sobie sam wymyśliłem kurde, to siedze 3h przed kompem i nie moge wyprodukować nawet 5 zdan. mam chyba problem z pisaniem tekstów, które nie zawierają bluzg i takich, które brzmią jakby pisał je zrównoważony typ. no nic. jak sie odpali to od razu pochwale sie swiatu. a co do firmy, to zdarzyła się zajebista rzecz. dzieki pomocy mojego miłego kolegi jay'a z ameryki udało mi się dostać na tripadvisor i mieć tam swój profil, jako jedyna firma robiąca wycieczki po wro. jaram sie, bo grube amerykany czytają ten portal jak pojebani i bedzie z tego małego zabiegu duzo pieniedzy. at least i hope so.

co sie dzieje jeszcze ostatnio? pogoda lekko z pizdy, wiec wszyscy chyba przygaśli. wiecej siedzenia na chacie. sciagam duzo muzyki. sporo czasu siedze w mojej drugiej po domu noclegowni, u kodziro na chacie. Siedzimy, słuchamy muzyki, rozkminiamy jak zarobic strasznie duzo pieniedzy. Coś tam mu nawet pomagam ostatnio, z racji tego ze i tak nic nie robie, oprócz nienormowanej "pracy intelektualnej". Kodziro ma takiego chujowego fiata seicento przerobionego na cieżarówke. Zwany jest rybowozem. Coś tam czasem dla niego woże tym rybowozem, co klamki ma popsute.

to, że bib teraz mniej w moim zyciu (dzieki ci panie), nie znaczy ze ich nie ma wcale. Odpaliliśmy kolejny "sezon grzewczy". tym razem na rapie. Postanowiliśmy przeniesc "rap szalet" do kawiarni i znowu w artzacie udało nam sie zrobic kawał dobrej imprezy. Było kupe znajomych. Zrobiłem też hamburgiery, które nosiłem po klubie na tacy. Jak już mi sie znudziło, postanowiłem skupić sie na wódce. Zwycięzcą imprezy był Kodziro, co najpierw dzielnie stał na bramce i pieczątki z kotwicą ludziom nabijał, a potem jak skończył i wszedł na dj'ke to zapełnił parkiet i oczywiscie z pomocą kolegów nie odpuścił do końca. Kurwa, było naprawde dobrze. Hamburgiery sie wszystkie tylko nie sprzedały. Ale może to dobrze, bo dojadaliśmy w niedziele. Zebraliśmy się w pare osób na chacie pefki, przynieśliśmy gry planszowe. Wpierniczaliśmy hamburgiery, smazyliśmy frytki i graliśmy w rummikub, który jest zajebistą grą. Było super spoko. Muszę chyba zmotywować znajomych, zeby robic to czesciej. Taka niedziela, gdzie choc troche uruchamiasz mózg, niech poczuje ze jest potrzebny! jednak wujek Maciek powiedział mi coś, z czym muszę sie zgodzic. Powiedział: "Stary, dobre są takie wieczory. Ale tylko w niedziele. Bo chyba nie wyobrażasz sobie, ze w piątek zbierzesz tych wszystkich chlorów na granie w jenge i nie skończy sie na chlaniu wódki i wyjściu gdzieś do klubu." No chyba nie ma co się łudzić... Mi w każdym razie wystarczy niedziela. O wiecej nie prosze.

0

hold u down

w piątek byłem na meczu śląska. niesamowite wrażenie. stadion masakra, doping potężny. nie miałem okazji być na meczu z tak dużą publiką i można się nieźle zajarać. sam mecz pozostawie bez komentarza. kibiców tez pozostawie bez komentarza, bo hasła "wstawaj kurwa czarnuchu" od typów siedzących obok mnie są kurwa daleko od smiesznych albo spoko.aaa no i zostałem wyzwany od turystów stadionowych, bo przecież chciałem usiąść kulturalnie na fotelu, który był mi przydzielony, a siedział już na nim jakis pener. dostałem szybkie "a co ty kurwa na stadionie nigdy nie byłeś. siadaj na piździe tam gdzie wolne, a nie tam gdzie masz numerek. jebany turysta. stadion przyszedł oglądać. to jest mecz kurwa."  no nic, zajawa w każdym razie. później poszedłem se do planu b z kamilem olą i ulimenen. był daniel drumz, a daniela lubie bardzo. grał super ładne piosenki i nawet było tańczone.

sobota i niedziela przeszła spacerowo i obiadowo. a w poniedziałek odpaliliśmy sezon grzewczy. i chyba wyszedł dobrze. dużo ludzi zebraliśmy. kupe wódki się przelało. muszę tylko popracować nad tym jak będąc współorganizatorem imprezy nie zostawić na niej kupe siana, bo do tej pory boje sie sprawdzic moj stan konta.    lewy, kuba i wojtek zagrali zajebiscie jak dla mnie. spoko bylo pod koniec jak wojtkowi zepsul sie jeden system i grali z lewym po jednym numerze na zmiane. koniec był rapowy. wszyscy karnie odśpiewaliśmy moleste i pewnie koło 4am rozeszliśmy sie do chat. Pani za barem chyba byla lekko w szoku związanym z frekwencją i strasznie sie gubiła, prawdopodobnie nie doświadczając jeszcze takiej ilości osób do obsłużenia. Okrutnie opryskliwa. Czasem trzeba było ją naprawde solidnie pobajerować, żeby miała chęć nalać ci drinka. Miarka się przebrała jak were na jej oczach rozjebał mi dynie na głowie...


 W każdym razie Sezon Grzewczy no.1 wypalił tak jak chcieliśmy i jesteśmy nasawieni pozytywnie wobec nastepnych edycji. Do domu jak to mam w zwyczaju wróciłem pieszo. W stanie w jakim wtedy byłem zajelo mi to 2h. Mało pamietam. Ale szedłem przez park południowy. 5.30am. Wciąż ciemno. Liść zdrowo już obadł z buka. Mgła w chuj i i te latarnie, co jako jedyne wyznaczają kierunek. Na prawde ładne. W ogóle pogoda rozpieszcza ostatnio. Kocham taką jesien. Pełen kolor. Stopni pewnie z 14. Deszczu zero. Nic, tylko spacerować. Nasze serca biją za Śląsk, słyszy cała Polska...

0

bucz bucz bucz bucz

weekend troche mi się rozciągnął albo może przyspieszył. zaczął się w środę w poznaniu i kurna już nie chciał się skończyć. czwartek - powrót z poznania. szybka wycieczka wrocławskimi śladami jana pawła II z 2 miłymi paniami z bristolu. nie miałem jeszcze takiej. chodziłem pod kościół św. elżbiety i pokazywałem ten obciachowy witraż z papieżem i językami światła... nie lubie go, wygląda jak z klatki schodowej fabryki śrubek.


 no nic. następne 3 wieczory to kontynuacja melanżu. czwartek wieczór na urodzinach u kasi pelczar. kasia jest jedna z najdobrzejszych ludzi jakich znam. ostatnio wizyty u niej są jeszcze lepsze, bo zawsze załapuje sie na coś do jedzenia. a kasia, która twierdzi, że nigdy nic nie gotowała wypieka teraz takie rzeczy, ze szok. znalazła jakiś blog koleżanki kasi tusk, która gotuje i robi zdjęcia tego co ugotowała i ni z tego ni z owego sama zaczęła skrobać po teflonie drewnianą łyżką. quiche urodzinowy był przekoniem.

piątek, chyba juz tradycyjnie z lewym i brendą. bifor na racławickiej. przyszedł maciek, który gdzies zaginął w przestrzeni ostatnio. później do centrum, tam zbiórka składów z różnych drużyn wrocławskich melanżowników. dużo sie działo tej nocy. był salwador i Envee, puzzle i Jedynak, forma i Viadrina. After znów u lewego i brendy. Nie wiem jak się skończyło, bo przyjąłem za dużo. Ale chyba bez wstydu.

sobota. urodziny martyny i oliwki. w pałacu u martyny. wcześniej spotkałem Ziemniaka. z krzyk poszliśmy na zacisze praktycznie na piechote. U martyny sporo ludzi. Alkoholu też sporo. Zrobiliśmy piękną uwerturę do późniejszych zabaw w mieście. W centrum znów Forma. Lubie ten klub choc nie na 100% jestem fanem housików. Tą noc znowu jak cygan zakończyłem nie w swoim domu, bo spałem u bucza. 

Niedziela była najlepsza, bo wyborcza. Wstaliśmy w miare wcześnie, jak na to co się działo nocy poprzedniej. U bucza znalazło się jeszcze pare innych przybłęd. Była jagoda jeszcze i kacper. To był dzień mojego gotowania. Najpierw zrobiłem zajebistą sałatkę z grzanką. Zrobiłem też niesamowite wrażenie na publice moją internetową sztuczką - wydmuchując ugotowane jajko ze skorupy, zamiast obierać. 

Później do centrum aby spotkać sie z martyną i were. Razem przy kawie odtwarzaliśmy sobie poprzednią noc. Później were był na tyle spoko, że rozwiózł nas wszystkich po lokalach wyborczych, a jeszcze później jagoda zaprosiła nas na chate i ugotowaliśmy zajebiste tajskie żarcie. Niedziela już na spokojnie dobiegła końca. Dojechałem do swojego domu po raz pierwszy od 4 dni. Brudny. Zęby tylko miałem umyte bo nauczony doświadczeniem ostatnich 4 miesięcy już nigdzie się nie ruszam bez szczoteczki do zębów. Jest ważniejsza od skarpet na nogach. 

0

Lechu Lechu co ty zrobiłeś, że nasze życie tak spiepszyłeś

wrocław topi się w słońcu od dłuższego czasu i jaram sie na potęgę. każdy poranek to jak nagroda. promień wpada przez połaciowe i ładuje mi sie w lico od samego rana. najlepiej. dni w sumie krótsze i wieczory juz niestety bywają okrutne ale jezeli chodzi o dzien, no to nie mam pytan. totez misją ostatniego czasu było łapać słońce najwięcej jak sie da, zanim przyjdzie jesień i zima-ścierwo i wszyscy będą chodzić po chodnikach z grymasami na twarzy niczym joachim brudzyński.

dlatego też weekend był mocno plenerowy. jezdzilem duzo czarną wołgą i widziałem sie z paroma osobami, od których dawno nic nie było słychać. w piątek before u kodźiro i brendy. lubie ich i ich chate. szybkie drinki i dużo muzyki. spie tam pewnie z raz w tygodniu. słuchamy starych polskich rapów albo wymyślamy sobie muzyczne konkurencje, typu "dziewczyńskie housy" albo "piosenki ze słowem saturday w tytule". później przerzut do miasta. najpierw tamka i pare drinków z martą, a później do superiora (jaram się nazwą tego klubu. od razu myślę o sobie jako o osobie z wyższych sfer, która ze swego penhouse'u "corte verona", zachaczając o "fly bar" kończy na melanżu w "superiorze" - co za gówno). no w każdym razie nazwa klubu sie nie liczy. miala byc dobra impreza. miała...
był dymek, byl nafta był mian z krakowa, a oprócz nich 6 innych osób z publiki... strasznie przykro mi sie zrobiło, bo to była chyba najciekawsza impreza na jaką dało się załapać w tym kaszaniarsko-dyskotekowym mieście bez ambitnego zycia nocnego. zaczelismy sie zastanawiac gdzie sa choćby znajomi tych dj'ów, bo naprawde przez długi czas było nas 9 osób w klubie. ten wieczór nie trwał długo. lekko smutny poszedłem do domu.

w sobota i niedziela zaś stała pod znakiem dolnośląskiego festiwalu architektury. na rano w sobote ustawiłem się z pieczarą, której ze 2 miesiące nie widziałem. mieliśmy pójść na wycieczkę na sky tower ale nas nie wpuścili, więc najpierw uraczyliśmy się śniadaniem kupionym na targu i zjedzonym na bunkrze przy boisku mojej starej podstawówki, a później poszliśmy na wykład. bylo smiesznie. gadalismy o dymaniu i pierdołach. wieczorem znowu spotkaliśmy się z pieczarą na zakończeniu sezonu na wake parku.

 tam pieczara wywaliła swoją historię o czerwonej roślinie, która wyrosła na środku rowu pod centrum handlowe solorza przy stadionie na maślicach. Ponoć do rowu przez długi czas zbierała się woda i różne składniki unoszące się z budowy stadionu, które opadały na glebe. efektem tych niesamowitych przemian chemiczno-przyrodniczych jest czerwona roślina, która wyrosła na środku rowu i ponoć drugiej takiej na świecie nie ma, więc solorz centrum handlowego budować nie może, bo w rowie teraz siedzą botanicy i biolodzy i blokują budowę. pieczara jest tego pewna. uwielbiam ją.

później jeszcze byliśmy w nowym klubie zwanym "forma" i jest zajebisty, tylko, że znowu było pewnie z 14 osób więc siedzenie tam i patrzenie na ich zajebiste wnętrza (a naprawde są zajebiste) nie miało sensu. skończyłem na chacie u kamila i oli. tam też mnie dawno nie było. przyjechał milan z narzeczoną. było spoko. w niedziele z rana zerwałem sie na wycieczkę w ramach festiwalu architektury. Prowadził ją Dobesz, a to kawał dobrego wyjadacza. Niedzielny poranek na kacu spędziłem w autobusie o sprytnej nazwie "fryderyk" - jeżdżąć po obiektach związanych z architekturą III rzeszy. dobesz powiedział, że mundury SS manów były mega ładne i zajebiście skrojone. szył je dla nich Hugo Boss. Nie wiedziałem. Well done Hugo.