wczoraj minelo pol roku od kiedy mam tego bloga. 3000 wyświetleń to daleko od sławetnej liski, co gotuje i bierze siano od męża na trawe cytrynową i olej sezamowy, bo w środku tygodnia wymyśliła jakiś nowy spektakularny przepis na chleb pytlowy, ale to znowuż nie o to tu chyba chodzi. ciekaw jestem mimo wszystko czy jest ktos z poza grupy znajomych, co znalazł to przypadkiem i sie zaczytał myśląc - "ja pierdole, dobry wariat z tego gunthera". z reszta ja z góry jestem skazany na niepowodzenie, bo nie dośc ze pisze o pierdolach, to jeszcze nie wrzucam spoko fot z jakimś dobrym filtrem. foty to klucz do blogowego eldorado. wlasnie dzis przegladalem bloga pefki i polecił bloga jakiejś wannabe młodocianej stylistki. no sory pefka ale pełna pała ten blog. widziałem pare zdjęć na grubym ziarnie z sesji w ciuchach mango i z obawy o wyrzyganie sie musiałem zmienić na jakąś niesamowitą galerie z onetu z serii - "wygląda jak milion dolarów - a 10 lat temu była mężczyzną!" ja pierdole... najgorzej. nienawidze tych durnych galerii z onetu choć strasznie zawsze kusi mnie, zeby to zobaczyć ale rozsądkiem bronię się przed kliknięciem w któreś z tych jebanych fot z cyckami ani muchy albo z serią najpiękniejszych polskich łydek. choć nie ukrywam, że dziś nie dałem rady i sprawdziłem jak wygląda ta dupeczka w bikini, co kiedyś była typem. no i naprawde dobra robota. przeczytałem jej całą historię. kiedyś startowała jako kanadyjska kandydatka do miss universe, ale jak się jury dowiedziało, ze ma sporo jednak do ukrycia, to ją wycofali z zawodów. przykro mi za nią. super ładna. ja chyba mógłbym się z nią zakumplować. nawet była ankieta czy jenna powinna jednak mieć możliwość wzięcia udziału w turnieju miss i ja uważam, że jak najbardziej.
zauwazylem ze jestem strasznie mialki internetowo. w sensie, ze jak juz przerobie wrocławską prasówkę i zrobie sesje z jakimiś muzycznymi blogami, to wysypują mi się pomysły na przeglądanie stron. jednym słowem internet mi się konczy...nie posiadam takiej zdolnosci digginu jak ma np. moj flatmejt maciek, który do śniadania zawsze ogląda jakąś pojebaną stronę, którą gdzieś tam se znalazł. na tyle pojebaną, że opowiadaniem o niej można przerobić nie jedną gównianą rozmowę z ludźmi z pracy albo przy szlugu. ostatnio oglądaliśmy taką o teoriach spiskowych. twórcy strony chcieli zachęcić i przekonać nas do tego, że ludzkość znajduje się od tysiącleci w rękach reptilian - czyli jaszczurów w ludzkiej skórze. pochodzą z kosmosu i obstawiają same najwyższe stanowiska na ziemi aby pociągać za sznurki kukłami, którymi jesteśmy my sami. bardzo fajna ta strona. naprawde otwiera oczy na wiele rzeczy, które lekceważymy. barack obama jest jaszczurem. widziałem dowód. jakiś typ kamerą z komórki kręcił swój telewizor, w którym obama przemawiał. w pewnym momencie jego oczy doznają dziwnego błysku, a źrenice przybierają kształt krokodyla. i tu właśnie wyszła jego jaszczurza natura! angela merkel tez jest troche jaszczurem. no i oczywiście książe william i kate middleton - warto pooglądać ich wspólne portrety w poszukiwania gada w oczodołach.
dobra. dziś już też mija miesiąc od kiedy osiedliłem się na Ołbinku. O Ołbinku sporo bywało pisane ostatnio i cały czas zajawa nie schodzi. Jedyne co mnie naprawde tam wkurwia, to to że tam nie da sie ciuchów wysuszyć, bo słabo te kamionki nasłonecznione jednak. więc co 5 dni jezdze przez całe miasto jak ten bałwan z torbą pełną ciuchów, zeby to wymyć na ołtaszynie.
no i ten kurz. jebany kurz. w tym mieszkaniu potrzebuje aby tylko 2 przestrzenie były czyste. kuchnia i łaźnia. a z tej zasranej somalii co dzien leci jakaś tona pyłu na okna, parapety i podłogi. tam można zamiatać 2 razy dziennie i i tak bedzie kapa. chciałbym, zeby dało sie cos z tym zrobic.
pierwszy raz też od dłuższego czasu zachorowałem. w sensie rozłożyło mnie. nie wiem czy me ciało podda się totalnemu rozkładowi ale fakt jest faktem. mam podwyzszona temperature, katary, łamie mnie w kościach, kicham flegmą w różnych kierunkach. no kurwa najzwyczajniej w świecie chory. i tu moje dzisiejsze przemyślenie dnia. ludzie, których łapią choroby (oczywiście mówimy tu o gamie chorób typu grypa i angina) - to albo konkretni idioci albo wybitnie leniwi. za przykład posłużę swoją osobą - bo myślę, że swoim zachowaniem często kandyduję do obu tytułów z poprzedniego zdania. anginy ropne łapie po totalnym wycieńczeniu alkoholowym, spowodowanym konkret melanżem. grypę - taką jak dziś łapię tylko jak nic nie robie. nigdy w zyciu nie widzialem ciezko pracujących ludzi, którzy chorują. czemu? bo kurwa nie mają nawet czasu sie nad chorobą zastanawiać i organizm sam sobie radzi z jakimś pedalskim atakiem anginy. ja natomiast robie ostatnio wszystko, zeby sie nie przemeczac. zatem taka tez spotkała mnie kara. tak tak. choroby to kara za bycie przemelanzowanym kretynem lub obibokiem lub obie opcje naraz. teraz leże w łóżku i robie wszystko, żeby jednak następne dni były z lepszym samopoczuciem. stosuję kuraż dziadowo-szwedzki. szwedzki to ginger and lemon z wrzącą wodą i dużą ilością cukru. ulubiony drink od promoe - a ten to sie zna na zdrowiu. opcja dziadowa to tłusty rosół zdrowotny. w chuj tam czosnku, curry, pieprzu, ostrej papryki i soku z cytryny. tak zeby oczy wychodziły na wierzch. bo jak to mawia agro - dobrą zupę poznaje sie po tym jak sie przy niej dobrze spocisz! moj rosół jest niejadalny przez innych bo podobno sie nie da ale ja w niego wierze. jest koloru sików bardzo chorego człowieka i konsystencję ma oleistą. oby dało rade. bo kto jak kto, ale ja lubie jak zupa jest treściwa.
siedze na obn i sie oswajam z nowa chatą. lubie ją, choc straszna tu partyzantka i kurzy sie co najmniej tak, jak na żużlu w sobote na olimpijskim. jaram się śródmieściem. wczoraj byl u mnie maciek i poszlismy na kwadrat. kupe dobrych miejsc, zajebiste punkty usługowe, wszystko blisko. chyba o to chodzilo. ogarnalem swoj pokoj. w koncu nie spie w spiworze, poodkurzalem i umylem podloge na mokro. no i wreszcie wyglada jak pokoj w miare ogarnietego typa, a do takiego tytułu w tym roku pretenduje. chociaz po ostatnim tygodniu znowuż pojawił się element zwątpienia w to moje bycie ogarnietym.
piatek - sezon grzewczy. ludzi sporo ale bez jakiejś specjalnej petardy. spóźniliśmy sie ze wszystkim. z graniem , z rozstawianiem sprzętu ale to byl chyba najluzniejszy dla mnie sezon. duzo wodki. znowu. powrot o jakiejs absurdalnej godzinie.
w sobote za to basar wyciagnal mnie na turniej judo do kątów wrocławskich.... pobudka o 7 rano. nie do wiary ze sie podniosłem. łeb parował mi od alkoholu. ale byłem mile zaskoczony. zajebisty ten sport, nigdy nie obserwowalem judo ale jest mega spoko do oglądania. kac zszedł szybko, nawet poszedlem z miłą anią na spacer po kątach. poszliśmy na rynek, na targ i potem na boisko. palilismy szlugi i sluchalismy rapu z komórki. dramat te kąty wrocławskie. pociąłbym sie jakbym mial tam mieszkac. no nic to. jak juz stamtąd wrocilem, to szybki ogar i strzala na bifor urodzin splendid. sporo znajomych. kosma pociął sobie warge ukruszoną szyjką od browaru i poszlismy do loginu z kropkami jego krwi na kurtkach, bo kretyn pluł na wszystkich. dalej tego nie moge doczyscic. w kazdym razie w loginie spoko. dużo klaskania kolanami. jakieś przypały prosto z liceum ogólnokształcącego, kiedy z karoliną i kasią poszliśmy zrobić gin z tonikiem do kibla i ochroniarz nas dojechal i pogonil z klubu. smieszne to bylo. tej nocy zalapalem jeszcze urodziny radka. byla chyba 4 jak tam wbilem. jedyny nie ubrany elegancko. tanczylem do piosenek rockowych. chyba bylo spoko. ta noc znowu skonczyla sie za pozno.
niedziela. pierwsza zbiorka ziomków na kwadracie. najpierw sniadanie u lewego na somalii. zrobilem chleby z dziurką i uratowałem sobie i innym ten dzien, bo dobre polskie tłuste śniadanie ratuje jak nic innego. pozniej zabralismy ziemniaka i jego dziewcze na kawe do rozrusznika. spoko dzien. duzo slonca, coraz wiecej czuc tej wiosny w powieczu. widzialem jakies ptaki co chyba wracają na słoneczną zipere tutaj. najblizszy weekend w ogole juz zapowiada sie plenerowo. zycze sobie mniej alku, bo chyba przegialem z tym weekendem.
2 fajne rzeczy wydarzyly sie ostatnio. pierwsza - lewy w piatek zaprosil mnie do siebie do audycji do radia luz i poprowadzilismy ja razem. puszczalismy muzyke i gadalismy o niej. super spoko, naprawde mi sie podobalo. gadalismy tak, jakbysmy siedzieli na balkonie paląc szlugi, w sensie luźno. a jak juz zadebiutowalem w jednym radiu, to w niedziele mialem powtorke. u druha sławka w audycji. super ekstra. smieszny ten slawek. gadalismy o imprezach rapowych. wyglada jak hipis, z kolczykiem w uchu i kolorowej koszuli. jakby mi ktos powiedzial 13 lat temu, kiedy w radiostacji sluchalem kazdej jego audycji, ze bede jego gosciem, to moglbym nie uwierzyc.
no i ostatnia sprawa. dzis oficjalnie założyłem firme i nie ukrywam ze to specjalny dzien dla mnie. szczescie w polaczeniu z jakimis dziwnymi obawami. w kazdym razie 13.03.2012 zostanie zapamietany. oby tylko dobrze. ide posluchac hadesa. numer zimna krew slyszalem juz dzisiaj jakies 600 razy i nie chce zmieniac. juz dawno nie slyszalem tak madrego polskiego rapu.
cytując klasyka - "u nas na śródmieściu na południowej stronie, kumaty się utrzyma, a frajer utonie". z tej jakże pięknej piosenki kwiatu podziemia polskiego rapu wyjąłbym jeszcze ten: "tu życie nie wygląda jak z serialu "Magda M", nie mieszkamy w szklanych domach z czołówek TVN". i choć tekst dotyczy śródmieścia innego miasta, to chyba całkiem pasuje, do kwadratu na którym mieszkam.
dawno nic sie nie dzialo. to efekt zimowej hibernacji i koniec końców niewielu spraw godnych spisania. dużo domu, dużo nudy, dużo chyba zmarnowanych apatycznych dni i spora nadzieja na to, ze na dniach naprawde odżyje i życie bedzie ciekawsze. sportu zero, czuje sie gorzej od kontuzjowanego geparda, co chce sobie pobiegać sto na godzine a siedzi pod baobabem, bo ma przetrąconą łąpe. mam juz dosyc wszystkich jebanych spraw biurowych, nie moge tego dopiac do konca i proste rzeczy związane z firma sa dla mnie intelektualna katorgą. jak mam napisac jakąs oferte albo coś - to zachowuje sie jak student, który musi uczyc sie do sesji i nagle odkrywa, ze dawno nie przecierał parapetów w swoim pokoju... szkoda gadac bo sam sie wkurwiam jak to pisze. ten post tez jest efektem tego, ze wlasnie do zrobienia mam pare innych mocno wazniejszych spraw.
do głupich rzeczy, które mi sie przydarzyły z pewnością zalicze dwie. w srode bylem na pepkowym u bartka. przyniosłem komputer i puszczałem muzyke. bedąc już dobrze nawalony wylałem na niego szklankę z whisky i colą. Jakimś cudem udało mi sie go osuszyc i powtórnie uruchomic ale straciłem chyba karte dzwiekowa, a klawiatura lepi się bardziej niż podłoga w dyskotece w mielnie na wakacjach. następnego dnia zaś, rozwalilem szybke w moim super zaawansowanym telefonie i mam teraz niezla pajeczyne na wyswietlaczu... technologia zdecydowanie nie jest moim sprzymierzencem. potrzebuje ogaru i to szybko, bo stane sie marnym czlowiekiem.
na szczescie aura za oknem coraz lepsza, a ja powoli rozpoczynam nowy rozdzial swojego zycia. przeprowadzam sie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! to jest chyba cos, co naprawde sprawia mi radość. po 9 miesiącach życia z mamami i tatami nareszcie ciesze sie, ze sam bede sobie pral i gotowal i bede mial poczucie swobody, choc zeby nie bylo - meszkanie ze starymi wypadlo o wiele lepiej niz sie spodziewalem. mimo to ciesze sie ze wyprowadzam sie z żenującego ołtaszyna, na którym nic sie dzieje i do którego dalej niż do czeskiej granicy, a ląduje sie na brudnym i pięknym Ołbinie. Zajawa, bo choc w swoim nie najdłużyszym życiu, to bedzie 13 mieszkanie, w którym przyjdzie mi żyć - to zawsze mieszkałem na krzykach i wiem o południu wszystko i mam kupe znajomych. po raz pierwszy zatem ląduje na północy i jaram sie strasznie, bo to rewiry dla mnie o wiele mniej znane, a do przerobienia nie jeden kwartał, brama i podwórko. mieszkam 15 min na piechote od centrum w dobrze nadgryzionej zębem czasu kamienicy. są zdobienia na sufitach, klatka schodowa z oryginalnymi niemieckimi płytkami i piecami na węgiel. mam 2 smiesznych flatmejtów i powoli zwożę graty. poki co,spanie pod spiworem i pełna partyzantka ale juz za pare dni zaczną się obiady u wujka gunthera z kuchni gazowej. nie moge sie doczekac. przez te pare ostatnich miesiecy tego mi chyba brakowało najbardziej. zeby moc zaprosic do siebie znajomych i po prostu ugotować coś cwanego. jakis rosół albo cos. na zdjeciu powyżej moja ulica 100 lat temu. w następnym poscie bedzie raport z osiedla i relacja, ze troszke sie zmieniło od tego czasu.
Dziś we Wrocławiu byłem świadkiem rewolucji społecznej. Jadąc tramwajem miałem kontrolę biletów. Zdziwiło mnie najpierw to, że choć panowie wyglądali na niezłych Mirków-zakapiorów w takich kurtkach z taniej skóry co mają z 15 różnie rozstawionych suwaków, to zachowywali się bardzo kulturalnie. Nie żeby rzucali uśmiechami w każdą stronę ale manierę mieli podobną do człowieczej, więc ja więcej od takich służb już nie proszę i nie wymagam.
Jednak poraziło mnie, że wagonie było ze 30 typa... i każdy miał bilet!!! Bez kitu. Żadnych łebków udających, ze szukają biletu po wszystkich kieszeniach i tylko spoglądają przez okno kiedy tramwaj dowlecze sie do nastepnego przystanku, zeby pędem kuguara w lesie liściastym zawinąć się z tej blaszanej puszki z chorzowa. Żadnych emerytek mówiących, że one tylko jeden przystanek jadą. Żadnych zawstydzonych humanistek, które zazwyczaj mają bilet ale tego konkretnego dnia chciały przycwaniaczyć i akurat je dojechano i oblane wstydliwym rumieńcem nie wiedzą jak teraz wybrnąć z tego całego bajzlu. NIKOGO BEZ BILETU. Wow. Dziwnie się poczułem, troche jak w Szwecji. Nie wiem tylko czy jestem gotowy na takie szokujące zmiany we wrocławskim społeczeństwie...
Dzięki bogu trójkąt powoli się zmienia i tam o jakieś rewolucje w lokalnych zwyczajach zachodzą wolno. Po pierwsze wycieczka na piechote przez komuny paryskiej albo kościuszki i więckowskiego zawsze kończy się rozdaniem 2 szlugów na lekko mijanym osobom, a bywają też i 3. Lubie jeszcze ta zajebistą bajerę od tych skwaszonych mord, co stoją na schodkach narożnych sklepów.
- ty ziomuś, zajedź mi jakimś zipem bo właśnie mnie z dołka puścili skurwysyny.
- no to nie zazdroszcze... trzymaj bratku (daje mu szluga z reki).
- dziekuweczka. kurwa weź nic nie mów. za 2 kulki mnie posadzili. nic to. chuj im w pysk! siemaneczko
na hasło "chuj im w pysk" nie wiem już jak mam odpowiadać, więc zbijam piątke i odwracam się na pięcie w kierunku traugutta. w swoim życiu na trójkącie (i nigdzie indziej) doświadczyłem już lekko z 7 razy prośby o szluga z uzasadnieniem, że kogoś właśnie wypuścili z aresztu... Nie wiem czy to jakaś okoliczna maniera, czy oni faktycznie po raz pierwszy od paru dni mogą się na luzie przespacerować po kwadracie. Aaaa. No i rozdając szlugi na trójkącie warto też odpowiednio wydzielać jedną sztukę. Nie mówię, żeby dłonią podawać bo to mocno niemiłe ale nie można otwierać paczki na oścież, bo wtedy cwaniaki 2 wyciągają bez zastanowienia. Najlepiej otworzyć paczkę i własną reką wysunąć jednego do góry. Wtedy psychologicznie sugerujesz, że tego (i tylko tego) ma delikwent wyciągnąć. Zarazem wykazujesz się wysoką ogładą osobistą i dobrym wychowaniem, a wielu to z pewnością docenia.
Z drugiej strony byłem ostatnio na traugutta na imprezie. Było zajebiście do jakiejś 22.30...Wtem do mieszkania spektakularnie wkroczyła policyjna brygada antyimprezowa i nakazała zamknąć lokal dla melanżu. Byli na tyle zdeterminowani i surowi w swej decyzji, ze na prawde trzeba sie bylo przenieśc. Zatem solidarność kamieniczników już jednak nie ta sama i również na trójkąt na grubo wkrada się spory pierwiastek społeczniactwa. Czyli tam też się coś zmienia. No ale dzięki bogu mamy Ołbin...
Maciek - jeden z uczestników tego towarzyskiego spendu mieszka w samym jego epicentrum. Zaprosił więc całą chałastrę do siebie. Było nas sztuk ok 35 więc zapytałem Maćka:
- ziom, a u ciebie nie będzie zadymy sąsiedzkiej z tego powodu?
- zadymy? u mnie? człowieku, u mnie co drugi sąsiad od roku nie zapłacił czynszu, a reszta ma zawiasy albo inny problem z prawem. tam się samochody palą na podwórku i nikt w życiu na pały nie zadzwonił.
Ta odpowiedź w jakiś dziwny sposób dodała mi otuchy choć chyba powinna wzbudzić inne odczucie. Wole powolne zmiany, bo ta dzisiejsza kontrola w tramwaju mocno zbiła mnie z pantałyku.
jak podsumuje ubiegłoroczne perypetie walecznego gunthera heimllicha? chyba nie najlepiej, bo dużo poszło nie po mojej myśli i niekoniecznie takiego roku sobie życzyłem, jaki dostałem. na pewno sporo się działo. ale mogło być w tym 2011 więcej dobrej karmy, niż tej złej.
firma - chyba tak se. w sumie to myslalem zeby z niej zrezygnowac. kiedy tylko zaczął się sezon na zarabianie dobrej ciapy, poczulem powiew wakacji i pojechałem do belgii do kolegi na miesiąc w najgorętszym dla mnie okresie. nie uruchomiłem tez wyczekiwanej strony internetowej. jak boga kocham, nie mam pojecia jak ludzie mnie znajdowali... nie znam nikogo, kto tak mocno pracowałby na to, żeby szkodzić bardziej swojej własnej firmie. no cóż. okazało się jednak, że choć skutecznie utrudniam ludziom znalezienie mnie w sieci i gdziekolwiek indziej, jednak gdzieś jakimś fartem do mnie trafiali i ten rok nieoczekiwanie i szczerze mogę sobie przyznac, ze niezasłużenie podarował mi bardzo wiele bardzo dobrych ofert i kontaktów. zaczynając od odpalenia nowych usług, po bycie współtwórcą jednego z projektów na duzy kongres, prowadzenie serii wykłądów dla bibliotek i instytucji, obsłudze wrocławskich festiwali... dostałem też kolejną zajebistą rekomendację od pani z duzego ładnego amerykanskiego magazynu, a wassapy figurują na najwiekszym portalu swiata z mojej branży. Nie wiem w jaki sposób dostałem tyle szczęścia, biorąc pod uwagę, ze niewiele na to pracowałem ale nie ukrywam, ze jednak takie momenty dają motywacje żeby może spiąć dupę i robić to dalej.
rozstałem sie też z taką jedną po paru dobrych latach, więc sercowo też nie poszalałem i kosztowało mnie to sporo nerwów w ubiegłym roku ale nie bede sie jakos specjalnie rozwodzil na ten temat.
nie do końca jestem też dumny z tego, ze od pół roku mieszkam na tym końskim wrocławskim wypizdowie wraz z rodzicami. wiem, ze juz niedługo to sie zmieni ale chciałbym już coś z tym zrobić.
odkryłem siebie na nowo i czasem nie dowierzałem, ze mogę się jeszcze sam sobą zaskoczyć. niestety często z tej dziwnej/bardziej mrocznej/melanżowej strony - odkryłem że moge zagubić się w wakacyjnym melanżu na dobre kilkanaście dni i nie przeszkadza mi fakt, ze wychodze z chaty w piątek o 16, a wracam w poniedziałek o 17 cały czas mając te same ciuchy na sobie... dowiedziałem sie też, że umiem biegać 7km najebany bez zatrzymywania się o 6am (i nie dziwne jest tylko to, że umiem to zrobić ale że ja właściwie miałem na to ochotę). nigdy w życiu niczego nie zgubiłem ani nikt mi nic nie ukradł. w tym roku skradziono mi laptopa, kurtkę, dobrych parę stów, paszport, klucze do domu. Umiałem też miesięcznie wydać średnią krajową na wódkę i kebab. Byłem też zdolny do troche babskich numerów typu zatrzaskiwanie kluczyków w samochodzie. Zepsułem też komuś łóżko, którego nikt nie zepsuł przez 26 lat. wystarczyło, ze wszedlem tam raz i zrobiłem spektakularny "przerzut ninjy" i rozsypało się całe jak domek z kart i bardzo mi wstyd za siebie.
z dobrych momentów pamiętam miłe wakacje jakie dane mi było przeżyc. 3 z nich zawdzięczam mojemu ziomkowi Olivierowi, w którego towarzystwie je spędziłem. Najpierw byłem w maju na 5 dni w Nicei na wakacjach marzenie. Mieszkaliśmy w domu na szczycie wzgórza, z basenem i widokiem na wszystko z zajebistymi, pogodnymi ludźmi. Później cały lipiec siedziałem w Gent, mieście w którym czuje sie prawie tak swobodnie jak we Wro. Było sporo pracy ale każdy wolny moment to pełen hedonizm, wiec traktuje ten wyjazd jako pełną odmułę i odpoczynek. Ostatecznie byłem na przypałowym wyjeździe w Gent jeszzcze grudniu.
Dobrze będe wspominał też piękny wyjazd z brendą i kodziro do warszawy na ładną imprezę, a pózniej przejazd do krakowa na Unsound.
Jeżeli chodzi o sfery dumy, to jedną rzecz opisałem już pare postów temu. Sezon Grzewczy i Bałagan na strychu wypaliły jak sie masz. Ale w lecie był Rap Szalet i jarałem sie jak dziecko, ze udało się zrobić cos tak prostego i dobrego. Moje hamburgery okazały się być okrzyknięte przez wielu najlepszymi buxami w twierdzy wrocław a Rap Szalet dla niejednej osoby był najpiękniejszym sposobem na niedzielne relaksy w mieście. Słońce, leżak, browar, kupe ludzi naokoło, frisbee, platany na bulwarze, policyjne suki przejeżdżające po promenadzie, dzieciaki z houla hop na trawniku, podwójna skakanka na asfalcie, centrum miasta, kupe ludzi na zboczu wzgórza polskiego i piękne sety z najlepszymi rapami od gości, którzy na rapach rośli, a wielu rapów już dawno nie gra. Nie zapomnę setu Piotrka z numerami tylko od Dj Premiera albo mike'a z niemieckim rapem. Nie zapomnę twarzy teska. Zblazowanej i skwaszonej po sobocie. Leniwie rozkładał sprzęt i musiał przyjąć dobre 2 browary, zeby zacząć coś grać. Rap Szalet odbył sie w 5 edycjach. Na każdej było nie mniej jak 200 osób. Mieliśmy przyjemnośc gościć oprócz całej masy wrocławskich dj'ów takich panów jak Mentalcut, J-Son czy Druh Sławek. Zajawa!
Do tego masa mniejszych spraw o których chyba nie mam siły już pisać. Dzis dopaprałem już chyba ze 3 posty i mam dosyć. Koniec nostalgii, czas na rzeczywistośc.
pobudka o 7. jaram się. lubie odpalać dzień wcześnie. jest czas na gazetową sesję, przynajmniej ze 3 blogi muzyczne, spoko śniadanie i porobić coś mądrego co przynosi pieniądze. a propos śniadania. dziś pomyślałem o jakimś innym. wymyśliły mi się rogaliki francuskie. pamietam je z belgii i z paryża jak byłem u kosmy. tanie, chrupkie, nie za słodkie, zapychają i siedzą z kawą jak mało co do jedzenia. liczyłem, że dam rade je kupić w piekarni, którą mam z kilometr od chaty ale w tej z pizdy małomiasteczkowej okolicy, która mizernie próbuje udawać elegancką dzielnicę wrocławia dla ludzi sukcesu nie było to możliwe. było za to opór chleba pytlowego i jakiegoś z takimi ziarnami, co nawet ich nazw nie pamiętam za 8 zeta, bo przecież mieszkam na przedmieściach dubaju i nie mam problemu żeby wywalać 8 zeta na mały chleb. nienawidze tego. w pobliskim supermarkecie ten sam dramat. zero problemu, żeby kupić pastę truflową na włoskim stoisku ale o musztardę sarepską to już czasem trudno. kurwa, gdzie ja mieszkam. co ci ludzie z kwadratu robią? jajka pastą truflową smarują?
jagoda zaprosiła mnie na bal dyplomowy w piątek. spoko. ja przecież kocham bale, więc głupotą byłoby odmówić. zwłaszcza, że będzie w browarze mieszczańskim. same przyszłe stomatologi naokoło przebrani w gajery a la lata 20. nawet se do fryzjera poszedlem wczoraj. nie zeby specjalnie na bal. miałem już dobrą padakę na głowie i włosy w uchu nie są spoko nawet dla mnie. poszedłem zatem do mojego ulubionego zakładu "regina" na śródmieściu. on mnie nigdy nie zawiódł choć zawsze wydawało mi się, ze mojej fryzury nie da sie spierdolić przez nikogo. nawet murarz by sobie poradził... bo chyba każdy fryzjer jest w stanie zrozumieć polecenie "na górze sciąć centymetr, a po bokach i z tyłu jeszcze troche krócej". nie jaram się fajnymi fryzurami. chce mieć po prostu krótsze włosy. mimo to nowocześni styliści wrocławscy, do których miałem nieszczęście trafić ze 3 razy w życiu mają dość spory problem z tą komendą i nie kminią, że nie każdy typ ma ochotę wyglądać jak te wszystkie super chłopaki, które pozują do sesji KMagu albo innego magazynu o niczym. pozują na prześwietlonych fotach, na grubym ziarnie, paląc papierosy, stojąc na molo albo huśtając się na huśtawkach z koleżankami w kurtkach chuligankach....
ile ja się nacierpiałem u tych z dupy fryzjerów. to doświadczenie niczym rozmowa z arabskim kierowcą autobusu. wymiana zdań, z której nikt nic nie rozumie.
- hej, jestem paula. (nota bene kocham jak fryzjer od razu wita się ze mną jak dobry kolega, żeby przełamać lody i żeby było spoko jak programach na MTV. brakowało mi tylko przyjaznego uścisku albo takiego hollywoodzkiego buziaczka w policzek, gdzie tak na prawde nie dotykasz policzka ustami, tylko delikatnie przytulasz się policzkami. kurwa w stanach są chyba jakieś specjalne zajęcia z tych "buziaczków").
- mateusz...
- to co robimy z twoimi włosami?
- na górze proszę sciąć centymetr, a po bokach i z tyłu jeszcze troche krócej. (zachowuje się formalnie. nie chcę się kolegować z paulą. właściwie to nie specjalnie lubie gadać z fryzjerkami. nie żeby były głupie czy coś. jestem towarzyską osobą i nie mam problemu z gównianymi gadkami z nieznajomymi ale nie zawsze mam ochotę się zbytnio zaprzyjaźniać, zwłaszcza z paulą...)
- a co z grzywką? cieniujemy? na którą stronę się zaczesujesz? (zaczyna się. leci potok pytań, których nie jestem w stanie zwizualizować i zaczynam odczuwać stres, bo nie wiem jak się do nich ustosunkować. liczyłem, ze po pierwszym pytaniu wysłowiłem się na tyle, zeby paula could get busy with fuckin' scissors
- nie wiem, na którą stronę się zaczesuję - odpowiadam. pokazuję jej dłonią jak to robię. przyklepuje te włosy dłonią, prawie tak, jak głaszczę mojego kota.
- aaa. czyli na prawo. to od dzisiaj będziesz zaczesywał się na lewo. (brzmi prawie jak rozkaz. no ale jak tu nie wierzyć. ona jest stylistką i śledzi trendy w modzie i wizażu).
- czemu na lewo? chyba lubie tak, jak zazwyczaj to robię. (próbuję dopytać skąd te zmiany)
- bo masz ładniejszy lewy profil! (ja pierdole. co ty paula wiesz o moim profilu. siedzisz w tym napchanym kosmetykami salonie, który bije ostrym światłem jak u dentysty i strzyżesz jakichś spedalonych chłopców co przez pół dnia zastanawiają się kiedy w końcu do pull and beara przyjdą te nowe wyjątkowe rurki w bladej czerwieni, które będą w sprzedaży tylko w 3 salonach w polsce i muszą się spieszyć, żeby to oni byli tymi szczęśliwcami. wszystko w salonie naturalnie oplecione jest ładną muzyką w tle a la Cafe del Mar vol. 33 albo Buddha Bar vol. 633) albo inne chill outowe ścierwo. te wszystkie salony chyba się nimi wymieniają jak tazosami.
Ten wywiad o niczym trwa pewnie jeszcze z 3 dalsze minuty. W końcu poddaję się bo nie jestem w stanie dalej tego ciągnąć i krótko ucinam - paula. zrób tak, żeby było ładnie.
Paula zadowolona zabiera się do roboty. Myje mi głowę drogim szamponem. Używa z 6 par różnych nożyczek, zagaduje mnie rozmową, której nie chce prowadzić, bo już od progu chyba byłem wkurwiony że w jakiś sposób tam trafiłem. Strzyżenie mojej głowy trwa jakieś 45min... Nie do wiary. Od "stylisty" wychodzę" bez 45zł i wyglądam jak ciota z jakąś płetwą z tyłu głowy. Do tej pory nie pojąłem paradoksu płacenia dużych pieniędzy po to, żeby się denerwować.
Pyta mnie jeszcze paula czy mi się podoba. Nie mam zdrowia, zeby powiedzieć jej że jest najchujowiej. Chyba przede wszystkim dlatego, ze nie miałbym siły jej wytłumaczyć tego że chujowo "pocieniowała". I co to kurwa za śledź z tyłu... Mówie jej że spoko i wychodzę czym prędzej.
3 razy w życiu miałem sytuacje, ze zrezygnowałem z fryzjera, na rzecz "stylisty". Nie bede się tłumaczył dlaczego to zrobiłem bo pewnie sam teraz nie wiem. Było to o 3 razy za wiele w każdym razie. Dzięki bogu znalazłem "reginę" w tym roku.
Chodzę tam 9 miesięcy. Strzyże mnie taki wysoki misiowaty typ z bransoletką na ręce i krótkimi włosami postawionymi na sztorc. Jest cześkiem jakich mało. Choć strzygł mnie już z 5 razy i ewidentnie mnie kojarzy nie mam pojęcia jak ma na imie. Ja za to wcale od niego nie wymagam, żeby on znał moje. Wpadam do niego. Mówię dzień dobry. On grzecznie odpowiada dzień dobry.
- tak jak zwykle - pyta.
- tak - odpowiadam (on po pierwszym razie zrozumiał i zapamiętał "krócej na górze, a po bokach i z tyłu jeszcze troche krócej).
Panu fryzjerowi więcej nie trzeba. Skrapia mi włosy takim rozpylaczem do wody, którym pewnie róznież podlewa kwiaty na parapecie ale mam to w dupie i jest spoko. Rozczesuje kłaki grzebieniem i z zabiera się do roboty. Używa do tego 2 par nożyczek, a wizyta u niego trwa 20 min. Nie gadamy na siłę. Jak mam mu coś spoko do powiedzenia, to sie dziele. Jak nie, to moge nie odzywać się przez całą wizytę i też nikomu to nie przeszkadza. Czasem zasypiam. Lubię dźwięk mokrych ścinanych włosów. Po wszystkim Pan pyta czy mi się podoba. Odpowiadam, że jakby mi się nie podobało, to przecież bym nie wracał. On mówi, że cieszy go ta odpowiedź. Just like that. Idę do kasy. Za ladą chyba właśnie Pani Regina nasiaduje ale to tylko domysły, bo Reginy nie znam osobiście. W każdym razie wygląda mi na Reginę, a do Regin mam nosa. Płacę 25. Pani Regina mówi dziękuję i szczerym uśmiechem żegna się ze mną, mówiąc że ładnie wyglądam. Cieszy mnie ta Pani Regina. Wolę usłyszeć, że ładnie wyglądam od leciwej Pani Reginki, niż od jakiejś stylistki-lambadziary co lubi sobie jajko pastą truflową smarować.
Czy to takie trudne. Skąd to parcie na sztukę dla sztuki. To tak jak z moim telefonem, co ma wszystkie zajebiste funkcje i moge grać i wchodzić na fejsa i rozpoznawać muzyke z radia. Szkoda tylko, ze gubie zasięg na każdym kroku i nie da sie do mnie dodzwonić. Więc Paula weź się ogarnij i zacznij ścinać włosy. Najlepiej za 25. Choć może to moja wina. Jedras mi kiedys opowiadał jak poszedł do takiego cwanego fryzjera-stylisty. Jakaś super dupa. Mówi, że sie z nią zaprzyjaźnił choć pewnie był u niej ze 3 razy. Jak przyszedł do niej i zapytała go jak chce się ściąć, odpowiedział:
- nie wiem. Ale na pewno wiem jak nie chce się ściąć. I wskazał palcem na wszystkich jej kolegów-stylistów, którzy pracowali w tym salonie z gejowymi fryzurami prosto z najnowszego Vogue. Laska wzieła nożyczki i zrobiła mu najlepszą fryzure jaką miał. Może w tym metoda.
Po moich spektakularnych wyczynach w środku tygodnia, weekend stanął pod znakiem spokoju i refleksji. Zadnych gupich akcji. Nie oznacza to, ze nie wychodzilem z domu ale byłem raczej tym nudnym na imprezie, co nie umie sie wstrzelić w wir rozmowy najebanych ludzi naokoło. Szczerze mówiąc dawno nie byłem tym nienawalonym i zupelnie sie gubilem. W piątek byłem u Franka. Wynajął chate w rynku, zeby tam rozrabiac ze znajomymi. Przyjechalem tam w dresie dla pewności, ze nie podkusi mnie zeby jeszcze dalej gdzies pojsc. Cała impreza skończyla sie spektakularnym wjazdem policji i wyrzuceniem wszystkich z chaty. Zatem piatek skonczyl sie latwo. Sobota na ksiazce, kinie. Widziałem sie z jedrasem. Oglądalismy relacje z imprezy fatboy slima w brighton beach z przed chyba 8 lat. Spoko. Niezła mielonka. Chyba z ponad 100 000 przerobionych brytoli bawi sie na plazy. Tak mijała sobota. Na kanapie i zupce chińskiej. Nothing special ale chyba bardzo dobrze, ze tak sie dzialo, bo moj organizm tego ode mnie wymagal. W niedziele widziałem za to miłą magalene, z którą przekminiliśmy chyba każdy problem świata i ludzkości jaki się ever pojawił przy kawie, herbacie i smażonym serze. Juz dawno tyle z kims nie rozmawiałem na normalne tematy. O wiele lepszy taki koniec tygodnia, niż sie nawalić po raz miliardowy. Jaram sie. Mniej libacji, więcej konwersacji. Taki wnosek z tego weekendu.
wrocław topi się w słońcu od dłuższego czasu i jaram sie na potęgę. każdy poranek to jak nagroda. promień wpada przez połaciowe i ładuje mi sie w lico od samego rana. najlepiej. dni w sumie krótsze i wieczory juz niestety bywają okrutne ale jezeli chodzi o dzien, no to nie mam pytan. totez misją ostatniego czasu było łapać słońce najwięcej jak sie da, zanim przyjdzie jesień i zima-ścierwo i wszyscy będą chodzić po chodnikach z grymasami na twarzy niczym joachim brudzyński.
dlatego też weekend był mocno plenerowy. jezdzilem duzo czarną wołgą i widziałem sie z paroma osobami, od których dawno nic nie było słychać. w piątek before u kodźiro i brendy. lubie ich i ich chate. szybkie drinki i dużo muzyki. spie tam pewnie z raz w tygodniu. słuchamy starych polskich rapów albo wymyślamy sobie muzyczne konkurencje, typu "dziewczyńskie housy" albo "piosenki ze słowem saturday w tytule". później przerzut do miasta. najpierw tamka i pare drinków z martą, a później do superiora (jaram się nazwą tego klubu. od razu myślę o sobie jako o osobie z wyższych sfer, która ze swego penhouse'u "corte verona", zachaczając o "fly bar" kończy na melanżu w "superiorze" - co za gówno). no w każdym razie nazwa klubu sie nie liczy. miala byc dobra impreza. miała...
był dymek, byl nafta był mian z krakowa, a oprócz nich 6 innych osób z publiki... strasznie przykro mi sie zrobiło, bo to była chyba najciekawsza impreza na jaką dało się załapać w tym kaszaniarsko-dyskotekowym mieście bez ambitnego zycia nocnego. zaczelismy sie zastanawiac gdzie sa choćby znajomi tych dj'ów, bo naprawde przez długi czas było nas 9 osób w klubie. ten wieczór nie trwał długo. lekko smutny poszedłem do domu.
w sobota i niedziela zaś stała pod znakiem dolnośląskiego festiwalu architektury. na rano w sobote ustawiłem się z pieczarą, której ze 2 miesiące nie widziałem. mieliśmy pójść na wycieczkę na sky tower ale nas nie wpuścili, więc najpierw uraczyliśmy się śniadaniem kupionym na targu i zjedzonym na bunkrze przy boisku mojej starej podstawówki, a później poszliśmy na wykład. bylo smiesznie. gadalismy o dymaniu i pierdołach. wieczorem znowu spotkaliśmy się z pieczarą na zakończeniu sezonu na wake parku.
tam pieczara wywaliła swoją historię o czerwonej roślinie, która wyrosła na środku rowu pod centrum handlowe solorza przy stadionie na maślicach. Ponoć do rowu przez długi czas zbierała się woda i różne składniki unoszące się z budowy stadionu, które opadały na glebe. efektem tych niesamowitych przemian chemiczno-przyrodniczych jest czerwona roślina, która wyrosła na środku rowu i ponoć drugiej takiej na świecie nie ma, więc solorz centrum handlowego budować nie może, bo w rowie teraz siedzą botanicy i biolodzy i blokują budowę. pieczara jest tego pewna. uwielbiam ją.
później jeszcze byliśmy w nowym klubie zwanym "forma" i jest zajebisty, tylko, że znowu było pewnie z 14 osób więc siedzenie tam i patrzenie na ich zajebiste wnętrza (a naprawde są zajebiste) nie miało sensu. skończyłem na chacie u kamila i oli. tam też mnie dawno nie było. przyjechał milan z narzeczoną. było spoko. w niedziele z rana zerwałem sie na wycieczkę w ramach festiwalu architektury. Prowadził ją Dobesz, a to kawał dobrego wyjadacza. Niedzielny poranek na kacu spędziłem w autobusie o sprytnej nazwie "fryderyk" - jeżdżąć po obiektach związanych z architekturą III rzeszy. dobesz powiedział, że mundury SS manów były mega ładne i zajebiście skrojone. szył je dla nich Hugo Boss. Nie wiedziałem. Well done Hugo.
jesien startuje. trzeba było jakiegos bloga wypaprać. ja gunther - dumny absolwent filologii rosyjskiej mam świadomość nadchodzącej jeszcze małymi krokami starości (ale nadchodzącej). już dawno zabierałem sie za bloga bo w sumie troche sie dzieje, a rzeczy wymagają spisania, bo kurna z głowy wypadają niczym pomidor z bułki w kebabie. i tak się zabierałem za pisanie, aż mi komputer jakiś miły i ambitny kibic naszej lokalnej drużyny zawinął (no naprawde byl kibicem. tą łysą wersją kibica, co bransoletki noszą na nadgarstkach, spodnie któtkie takie pływackie i białe skarpety naciągnięte do pół piszczela. taki własnie mnie laptopa podwędził - nota bene w budzie z kebabem...). jebana bandyterka z zaporoskiej i okolic. wieśniaki, jakich mało nawet na nowym dworze. jeżdżę codziennie przez Rondo. Mijam ich te szprejowe wypociny. Wielki chrom na wiacie tramwajowej w kształcie maski vel trupiej czaszki projektu jakiegoś czereśniaka i pod spodem napis "Rondo wita". Nice...
Ale nie o tym. Ogarnąłem się z nowym komputerem i moge tłoczyć te posty niczym fabryka. Blog jest mój, więc będę go pisał po swojemu. Chyba bedzie dużo o melanżach, bo ostatnimi czasy z drobnymi przerwami nie skupiałem się na niczym innym.
26 lat. kawaler. chyba niewierzący, a czasami praktykujący. lubie kinder maxi king i chodzić na piechote z ołtaszyna do centrum. nie lubie Kasi Kowalskiej - nie zaprosilbym jej nawet na koncert do hospicjum. wole od niej cyganów z rynku - mają więcej funku i moje ulubione tamburyno. pisze bloga, z nadzieja ze wykopie go gdzies za 20 lat i powiem sobie, ze robiłem cfane rzeczy.


