Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjazdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjazdy. Pokaż wszystkie posty
0

if you ain't got no ass bitch - wear a poncho


będąc na wyjeździe troche zapomniałem robić zdjęcia. to kilka, które udało mi się zrobić. ich jakości komentować nie będę, bo chyba lepsze robiłem jak byłem na wakacjach w zoo we wrocławiu w 1996 (będąc wtedy synem podlasia) i pierdolnąłem 2 klisze nieostrych zdjęć każdego zwierzęcia które mijałem na swej drodze (tygrysy chyba były moimi faworytami z tego co pamiętam). w każdym razie poniższe foty nawet w 1/50 nie oddają tego koloru, panoram i ukształtowania terenu tej zajebistej okolicy. moim konikiem okazały się dekoracje świątecze podwieszane na palmach, skąpane w słońcu. nie do wiary. po takim pobycie nie wiem czy cieszyc sie ze tam bylem czy sie wkurwiac ze na lazurowym jest wszystko, zeby byc szczęśliwszym człowiekiem, a na chacie nie. wstając rano pod koniec stycznia, budziły mnie promienie słoneczne. zaraz obok są piaszczyste plaże i zajebiste góry skaliste wcinające się w morze i wszystko wygląda jak z pocztówy. jednym słowem - lazurowe wypierdalaj i wymień sie kurwa chociaż na góry. w zamian chętnie oddam wzgórza niemczańsko-strzelińskie. nawet strzelin dorzucę. ładny ma rynek. 3 pierzeje ciągnących się bloków, a pierzeję północą atrakcyjnie zamyka bazar z budkami z blachy falistej. nie ma to jak uszczęśliwiać oko ładnym klocem z betonu i cynkowaną stalą. dolny śląsk to romantyczny region. ty też daj się zakochać...






0

le chat est su la table


Mam kolejne wakacje. Zasłużone bardziej lub mniej - ale mam. Sprawca wakacji znowuż ten sam co ostatnio. Olivier – mój belgijski brat. Wakacje wprawdzie połowiczne, bo mamy troche roboty ale za to w jakim miejscu. Znowu ląduje w Nicei, a lazurowe wybrzeże oglądam z tarasu... Pojechaliśmy do wakacyjnego domu Oliviera, który na nieszczęście został przez nich sprzedany sprzedany. Jedziemy ze smutną misją wyprowadzenia tej chałupy po 35-letnim posiadaniu go przez jego familię. Mamy jeden pożądny dzień pracy, bo w tyle damy rade się uwinąć z pakowaniem 2 kanap i paru gadżetów. Zostajemy na 4… zatem przez 3 kolejne dni leże wywrócony do góry brzuchem i samochodem penetruję okolicę. A tam jest kurna jest co oglądać. Zatem w ostatnią niedzielę zapakowałem się w samolot do Brukseli. Stamtąd do Gent. Tam szybka wieczorna piona z grubą Judy i następnego dnia startowaliśmy na południe Francji.

Do nicei dojechliśmy o północy, wlekąc się z Gent przez 1200km furgonetką podobną do czołgu. Olivier wypożyczył ją na przeprowadzkę. Nowa i śnieżnio biała. Na prostej max 120 ale z górki dało się dobić do 150, więc nawet udało się upokorzyć paru francuskich leszczy z Audi albo innej zachodnio-europejskiej maszyny. Francuskie autostrady, oprócz tego że kosztują drożej od niejednej fury, która po nich jeździ są gładkie, szerokie i tamtejszego dnia zupełnie nie zaludnione. Generalnie wszystko bez zakłóceń.. No oprócz wjazdu furą pod bramę domu w Nicei, gdzie Olivier na pełnej penerze przypierdolił paką w filar płotu i cała śnieżnobiałość furgonetki przykryła się paroma konkretnymi pazurami zadanymi przez beton i gałęzie..
Nicea o północy zastała nas bujną roślinnością i temperaturą wysokości 10C… Poważnie rozważałem nocleg na zewnątrz ale zaległem na kanapie przygnieciony długą drogą. Day 1 dobiegł końca.

0

rap kat

nowy rok witałem w rabce. po raz drugi z rzędu, a po raz czwarty z rzędu był to nowy rok witany ze snow nation. wszystkie sylwestry z moim braciakiem były dobre, więc o ten zbytnio sie nie martwilem. tym razem było troche inaczej, bo było mało znajomych i dużo pobocznych wrocławskich ekip. skład liczący około 60 osób. wszyscy wyglądający na melanżowników. nadwornym grajkiem w tym roku był mój człowiek tesko więc o jakość muzyki też nie miałem co sie martwić, bo ja sie zawsze lubie  sie bawic, kiedy on gra. przyjechalem z magdą jej kremowozem 30.12. Rabka zastała nas wiosenną pogodą i choć bylismy 30km od Zakopca, to śniegu nie było ani grama i wcale nie żałowałem, ze nie zabrałem ze sobą sprzętu. w pierwszy dzień zrobiliśmy tradycyjnego grilla pod drewnianym dachem z hamburgerami z rusztu. na szczęście pogoda nas przyjemnie zaskoczyła bo tego wieczoru zaczął padać śnieg i tak padał przez całą noc. zatem poranek sylwestrowy zastał nas z przyjemną 15cm warstwą śniegu i nareszcie poczułem się jak na wyjeździe w górach. o samym sylwestrze cóż tu opowiadać. potężna najebka wódką i łiski. impreza w stylu PRL. ludzie wzieli to sobie do serca, bo było pare naprawde dobrych kreacji. moimi faworytkami były magda i marta z bielska białej. jedna przebrana za krysie z dancingu w niedopasowanej kwiatowej sukience i  torebce na długim łańcuszku i obciachowych pantoflach na stopach. druga za to przebrana była za jole z wakacji w bułgarii w kolorowym stroju i eleganckich okularach przeciwsłonecznych. tesko spisał sie na medal, bo nawalił się wczesnie, a ja najbardziej lubie jak tesko gra nawalony. nie zszedł z decków do 4am i popisywał się dobrymi szyderami w stylu bananowego songu. tej nocy wszyscy sie przy tym bawili jak złoto. następny dzień to późne śniadanie od Pani Czesi (ona chyba faktycznie tak sie nazywała). Ta pani jest super miła, bo zawsze przychodzi do stolika i przynosi ciepłe posiłki i miło sie uśmiecha. Pewnego razu wprowadziła nas w stan konsternacji, kiedy zapytała zawadiacko "Panowie, macie parówki?" Wszyscy zgodnie odpowiedzieliśmy, że mamy choć nie wiem czy gadaliśmy o tych samych parówkach. Pierwszy stycznia przeszedł więc na spokojniej. Było frisbi na śniegu i jakaś mała koszykówka z młodymi od kopra. Wieczorem tradycyjnie zagraliśmy w mase gier planszowych od rummikuba poczynając, na tabu kończąc. Drugi stycznia zastał nas prędko i trzeba się było zawijać. Rabka pożegnała nas temperaturą 12C i słońcem takim, że w furze siedzieliśmy w okularach przeciwsłonecznych. Bardzo ładnie to wszystko wypadło. Jaram się. Wiec oby 2012 był też taki pogodny. Bo inaczej w ryj.

0

aj rekomend to tejk żurek

obsuwa straszna na blogu ale nie mialem nastroju zeby cos dojebac ostatnio. dzis po raz kolejny zaskoczylem samego siebie. odpalilem moje konto internetowe i sie zalamalem. okazalo sie, ze w okresie swiateczno sylwestrowym wydałem o 1000zl wiecej niz mi sie wydawalo. to tak jakby mnie ktoś zahipnotyzował i codziennie bez mojej świadomości podchodziłbym do typa z wąsami, wyciągał stówe z kieszeni i dawał mu ją przez 10 dni.  kradziez raczej nie wchodzi w gre. zatem kolejny zajebisty wyczyn z mojej strony, bo jeden koła to nie przelewki. 2012 zaskakuje od samego początku. tyle z newsów ostatnich godzin.

jezeli chodzi o okres swiateczny - jeszcze nie opisany, to historię podlaską ujmę w krótkim opisie.

braciak sika na faraona. Krajowa "8",
okolice Piotrkowa Tryb.
Tradycja rodzinna nakazuje udać się na święta w odległe podlasie (tam gdzie rysie, piżmaki i sklepy z meblami dla białorusinów). Skład wyjazdowy w tym roku był godny. Wrocław jechał na 2 fury. W jednej starzy, siora, wujek i jego spoko żona. Dojechali w 10 godzin. Ci nie prowadzący dali rade w trasie przyjąć po pół litra na głowe i ponoć było strasznie śmiesznie. Ja zaś jechałem w furze z bratem i jego żoną, popularnie zwaną żonką-wodzionką. Alkoholu nie dotkneliśmy. Dojechaliśmy przez te mizerne polskie drogi w 7,5h ale każdy wrzucił na trasie po wigilijnym wieśmaku i czikenie. Tez było spoko.

W wigilie klasycznie. Spoko atmosfera, dobry kompot z suszu, dziadek spiewający kolędy na akordeonie, gadki o tym że "na Lubelskiej nowy chodnik położyli" albo że mój kolega z klasy w Halasach najebany z kolegami na drzewie się furą zawinął. Normalne podlaskie gadki. Troche sie z nich smieje. Z drugiej strony jakie miasto, takie gadki.

Jeżeli chodzi zas o żarcie, to w tym roku miarka się przebrała i oficjalnie mam w dupie wigilie. Dość tych pojebanych majonezowych sałatek i tony grzybów na 15 różnych sposobów. Mam 26 lat, jestem rosłym kawalerem, który cieszy się dobrym zdrowiem ale nie juz nie jestem zdolny tego trawic. Jezeli kogoś jara to, zeby w nocy wstawac i robic kupe 3 razy, bo akurat wtedy twoje ciało było zdolne zeby przemielic te tony ciezkiego polskiego prowiantu które zjadlem o 17 to spoko. Ja robie to sobie po raz ostatni i jestem wkurwiony na polskie potrawy, bo są pojebane. Juz wole se zapiekanke zjesc na wigilie. Karp - kurwa przeciez tego nie da sie jesc. Porosty z mułem bagiennym smakują lepiej. Moja babcia, którą kocham bardzo ma tez swoją ulubioną potrawe, która niefortunnie zawsze pojawia się na stole najbliżej mnie i jest mi polecana i wpychana na siłe jako orgazm dla podniebienia. Wygląda to tak, że najpierw gotuje jakąś rybkę, później chyba mieli ją z kaszą albo innym zapychaczem i zalewa galaretą. Przy całym szacunku dla niej w dalszym ciągu nie jestem nawet zdolny siedziec koło tego przy stole, bo wygląda troche tak jakby któs kazał ci biec po drodze i wpiedalać w tym samym momencie ziemniaki gotowane z szarym papierem toaletowym i zalewać mlekiem. W pewnym momencie nie dajesz rady i rzygasz do kałuży. Jak popatrzysz na tę nieszczęsną, bogu ducha winną kałużę, to tak mniej więcej wizualnie wygląda to danie. Babcia kocha swoje wnuki więc mi wybaczy tę smutną ale prawdziwą opowieść.

Problem jedzenia w świeta pojawia się niestety podwójnie. Bo ja w boże narodzenie chodze do 2 różnych babć osobno. Więc zaraz po wigilii u jednej, nawtykany sałatkami i pasztetem, zakładam kurtke i zawijam do drugiej. Tam gadka wygląda jeszcze bardziej dramatycznie, bo zamiast pogadać z babcią i dziadkiem o wszystkim (a widuję ich raz na rok), cały pobyt tam polega na przekomarzaniu się z babcią o tym czy aby nie chce więcej zupy albo czy jednak nie przekonałem się do galarety w karpiu. Wiec wigilia to potężny test mojej asertywności. Dzieki bogu tylko przez 2 dni, bo ja bym umarł. Słyszałem ze w Warszawie w wigilie oddziały ratunkowe przyjeły kilkadziesiąt zgłoszeń i interwencji od ludzi, którzy ulegli przejedzeniu. Ja pierdole. Jak wieprze. Wróciłem na chate ociężały ale radosny, ze juz skończyła się ta gastronomiczna agonia. W lodówce zastałem 3 półki wypełnione galaretą... Kto to zjadł po świętach, tego nie wiem ale ja na
tamtą chwilę chciałem się zastrzelić. Jak będę kiedyś wyprawiał święta to obiecuje, że z ryby max co bedzie to pasta kawiorowa z ikei, a jedyne co bedzie przypominało galaretę to haribo. Danie główne - schabowy (albo zeby było bardziej na cwanie i dla podkreślenia wagi momentu bożego narodzenia zrobiłbym de volaille). Na przystawki zapiekanki. Zupe zrobiłbym jakąś głupią. Może to byłby dobry moment, zeby dopaprać wodzionkę...

0

foto bene bez luxu

klasyk w gent. kawa na dachu chaty oliviera. w odległym planie centrum

biuro oliviera w spoko przestrzeni pomagazynowej

dwupoziomowy parking na rowery przy dworcu w gent

dworzec w antwerpii. najlepszy na swiecie. kurwa tam pociągi wjeżdzają na stacje na 3  poziomach.

antwerpia centrum

najlepsza szama w rotterdamie - "kapsalon"

najtańsza i najlepsza domowa szama w rotterdamie

najchujowszy budynek w belgii jaki widziałem. justin center może z nim konkurować. antwerpia, środek centrum.

0

izaura z kalcedonem


świeta przyszli więc jest czas na update do bloga. najpierw resztka opowiastek z belgii w dość szybkim tempie.

choc do oliviera przyjechałem w momencie kiedy miał na prawde duzo na głowie, to zrobil wiele aby spedzic ze mna sporo czasu. do tego był podekscytowany, bo wlasnie kupil dom dla siebie i jego dziewczyny, wiec powodów do celebrowania bylo sporo. w pierwszy dzien duzo bujalem sie z judy. jezdzilismy samochodem po rozne pierdoly i gadalismy o tym ze fajnie jest byc w ciązy. pojechalismy z nią do starych oliviera, których lubie i zawsze ich odwiedzam podczas wizyt. wieczorem dolaczyl do nas olivier i poszlismy do martino's. to takie legendarne miejsce w gent z zajebistymi stekami i pieczonym mięsem w ich własnej marynacie, którego receptura jest największą tajemnicą zakładu. To miejsce istnieje od chyba 60 lat, biznes jest przekazywany z pokolenia na pokolenie, a jego popularność nie gaśnie. Chciałbym takie miejsce we wro. Zjadłem kozak wołowinę z zajebistymi frytkami i mega białym piwem i czułem się jak w niebie. 2 dzien przesiedzialem sporo u oliviera w biurze. gadałem z jego znajomymi, którzy wpadali tam jeden po drugim. w pewnym momencie pośród ogólnego rozluźnienia odpaliliśmy partię w monopol i było całkiem spoko. tego dnia wieczorem poszliśmy do bananowego kolegi oliviera na chate, bo robił domówkę. jarałem się, bo znałem tam na prawde dużo ludzi i miałem wrażenie, jakbym tam mieszkał. było tam sporo osób z wyjazdu do francji, na którym miałem okazje byc w kwietniu. laski w wysokich szpilkach i obcisłych spodniach. chłopaki w jakichs pedalskich koszulkach. na barze same drogie rumy i wyborowa exquisite. pełna pedaliada ale belgowie są troche ciotami i trzeba się z tym pogodzić. im szybciej to zrozumiesz, tym szybciej sie ich polubi.

nastepny dzien, to lekka zmiana otoczenia i z brudnawego, starego i zapchanego ludzmi i knajpami gent, pojechałem do nowoczesnego, przestrzennego, czystego rotterdamu. wycieczka trwała 2h, a wrażenia niezapomniane bo mogłem pierwszy raz odwiedzić Adama od czasu jego wyjazdu do holandii. Było zajebiście, spedziliśmy cały dzien bujając się razem po mieście i gotując na chacie (w sumie adam i natalia gotowali). Zrobilil gotowane małże w winie i sosie ostrygowym, które w rotterdamie kosztują grosze, a są tak zajebiste, ze głowa mała. jednak rotterdam jako miasto niestety nie powalił. mega tam pusto, zero atmosfery. troche dobrej architektury ale nie na tyle, zeby obsrywać się na każdym kroku. miałem wrażenie, że holendrzy to musi być mocno nieżyciowy naród i w chuj nudny. w sobotę wieczór knajpy na w pół puste. co oni tego dnia robili?

 oczywiście nie ominąłem coffee shopu, w którym byłem pierwszy raz w życiu i skręciłem sobie pięknego lolka z haszu. bardzo ładne wydarzenie. później jeszcze pare butelek wina z adamem na chacie i tak minął mi dzień w rotterdamie. niedziela była dniem powrotu do domu. więc najpierw dostałem się do gent. tam olivier zgarnął mnie na miły i bardzo wystawny obiad u jego rodziców, a zaraz po obiedzie wyjazd do brukseli na lotnisko. zatem w niedziele znajdowałem się na terytorium 3 różnych krajów. yeah. lubie europe, bo jest mała.

0

jak mos def murzyn wciąż w podróży


Jestem z powrotem w twierdzy. Nie było mnie przez 5 dni, bo zaliczyłem bardzo przypałowy wyjazd do belgii i holandii w najlepszym możliwym stylu. Ten post jest z przed 3 dni. Z braku internetu nie dane mi było go wrzucić wcześniej. A było to tak...

Siedze na dworcu w Gent w Belgii. Jestem troche skacowany. Jade do Rotterdamu odwiedzic Adama, którego nie widziałem przez ostatnie 3 miesiące. Gdyby ktoś mi we wtorek rano powiedział że w tym tygodniu pojadę na 4 dni do mojego ulubionego Gent, z którego mam kupe zajebistych wspomnień, a potem odwiedze jeszcze Adama, to mógłbym mocno nie uwierzyć.

Zaczeło się od telefonu, który zadzwonił do mojego ojca we wtorek wieczorem. To był jego dawny szef z czasów, kiedy pracował w świecie dywanów (znaczy się piastował stanowisko starszego wezyra). Ten szef jest z Belgii. Dominique, zajebisty typ. Nie taki typowy belg. Troche przypałowiec. Jest gruby i bardzo serdeczny. Lubi dobrze zjeść. Mój stary blisko się z nim przyjaźnił. Dominique przyjechał do Wrocławia nieoczekiwanie. Nie widział się z moim starym ze 3 lata. Zaprosił go na kolacje i powiedział żeby też zabrał mnie, bo ja też się z nim znam. Chętnie więc się z nim zabrałem. Fajny ten Dominique, a do tego steka z la scali się nie odmawia.

Dominique dalej jest biznesmenem najwyższych lotów ale w jego życiu prywatnym troche się pozmieniało. Bo jest z niego kawał wywrotowca i przeżył jakąś czarną serię nieudanych małżeństw i złych związków. Doszedł więc do wniosku, że baby to chuje i nie ma zamiaru się z nimi już wiecej kolegować. W swym postanowieniu się trzyma mocno, a poszedł nawet o krok dalej i zamiast bujać się z paniami, kupił sobie psa! Spoko luźny golden retriever, którego zabiera wszędzie gdzie może i siedzi z nim w knajpach i karmi krewetkami. Dominique się chwali, ze pies ma 2,5roku i przejechane 250 000km. Dobry wariat. Typ co zarabia w miesiąc tyle, ze król Salomon by się zarumienił jeździ po europie na spotkania biznesowe z psem!
Dominique wyjeżdżał z Wrocławia do Belgii następnego dnia. Nie chciało mu się prowadzić, a do tego musiał pracować na komputerku, więc zaproponował mi, żebym go tam zawióźł, a w zamian kupi mi bilet na samolot do domu. Gunther jest pazernym i łapczywym chłopcem, więc nie zastanawiając się wiele spakowałem tornister i następnego dnia o 10am byliśmy w trasie do Belgii!

Przejazd był ekstra. Gadaliśmy dużo o podróżach, o pieniądzach w walizkach które wywoził z polski do Belgii w czasach dzikiego polskiego kapitalizmu i o fabryce szczotek którą kupił kiedyś za 2 miliony franków, po to by sprzedać po roku za 1 markę po serii fatalnych kontraktów. Dominique mówił też sporo o tym, że psy są o wiele lepszymi kompanami do życia, niż kobiety ale nie uwierzyłem. W każdym razie podróż była szybka i z pewnością pouczająca. O 20 byłem już na stacji w Gent. Odebrała mnie miła, gruba Judy – narzeczona Oliviera. Judy jest gruba, bo jest w ciąży i zajawa generalnie tam u nich na temat dziecka. Zanim pojechaliśmy do domu, obowiązkowo przejechaliśmy przez moją ulubioną nasmażalnie hamburgerów i frytek „Bij Julien en Peter”. Wpierdzieliłem 2 hambuksy, które kocham bardziej niż barszcz z krokietem i szczęśliwy pojechałem przybić piątkę mojemu dobremu ziomkowi Olivierowi. Tak się zaczęło.

0

brenda robi zdjecia na wyjezdzie








0

niemcy zajmują wawel i pustynię

Unsound był piękny. Kolejny raz pełne pro jeśli chodzi o przygotowanie tego festiwalu. Od ustwaienia line-upu, przez sound, po miejsce. W tym roku był w "Łaźni nowej" na Hucie. Wielka wyremontowana przestrzeń. Duża sala na parterze na jakieś 1500 osób. Druga w piwnicy na jakieś 500. Przestrzeń troche podobna do wrocławskiego WFF ale nie jebie potem, komuną i salą gimnastyczną. W barze podają zbawienne ciepłe napoje. Tego wieczoru wydałem z 50zł ... na herbate i to był jedyny napój, który przystało mi pić, choć wyglądałem jak idiota, stojąc z papierowym dymiącym kubkiem na parkiecie wśród tych wszystkich lekko nawalonych i przemielonych dragami ludzi. Bolało mnie gardło i czułem się jak zraniona puma.

Jeżeli chodzi o sety to moim faworytem wieczoru była chyba Nightwave (niespodziewanie, bo to był pierwszy set jaki w ogóle zobaczyliśmy). Laska ze Słowenii, aktualnie mieszka w Anglii. Ubrana w długie buty na wysokich szpilkach z brązowej skóry, duże cycki, ostry makijaż i w chuj dużo babskiego kokietowania za dj'ką. Zgodnie z lewym stwierdziliśmy, że jest podręcznikową reprezentantką trzebnicy w metropolis.  Ale to co grała od metropolis różniło się mocnoooo. Tempo techno cały czas i dużo dokładanych samodzielnie sampli na jakichs kontrolerach, opór łamanych bitów i z nienacka wkładane zwrotki śpiewane na r'n'b. nie dała odpocząć. Każdy numer był bangerem. Po występie dostała piękne brawa od wszystkich. Od chłopaków mam wrażenie, dostała dodatkowe brawa za cycki. Później bawiła się jeszcze na dużej scenie. Już w kurtce, takiej pikowanej z szarego ortalionu - no bez kitu, wśród całej tej krakowskiej hipsterki i bandy popierdoli wyglądała jakby mocno pomyliła imprezy. Oprócz nightwave duże wrażenie zrobił jeszcze Machinedrum w projekcie Sepalcure. Piękny set dał Jam City. No i z pewnością Dj Rashad i Dj Spinn. Wystąpili jeden po drugim. Właściwie to cały czas siedzieli razem na scenie. Jak jeden grał, to drugi nagrywał cały set na video na komórce i w odwrotną stronę było to samo. Sety zajebiste. Jakbym miał tupać do każdego wybijanego w jakimś szaleńczym tempie bitu, który puszczają, to wytupałbym dziurę do Gwadelupy. Dzikusy. Z Unsoundu wyszliśmy pewnie o 5. Zadowoleni na 100. Wątroba wibrowała mi jeszcze przez następne 2h.

Następny dzień, to już w pełni zdiagnozowana choroba. Brenda też załatwiona na amen. Lewego zaczęło powoli też dotykać przeziębienie. Nie chcieliśmy jednak tracić dnia. Zjedliśmy mocno późne śniadanie i odpaliliśmy się na popołudniowy spacer po miłym Kazimierzu, na który zawsze z sentymentem wracam, bo spędziłem tam pare miesięcy z życia. Pobujaliśmy się po okolicy i zlądowaliśmy w "Miejscu". Tam opór ciepłych napojów. Graliśmy w scrabble. Albo może ja i brenda graliśmy. Zgodnie stwierdziliśmy, ze lewy w scrabble grać nie umie bo ma małe pojęcie o polskiej deklinacji. Było miło w każdym razie. Tego dnia mieliśmy okazję spotkać się jeszcze z miłym Danielem i jego miłą żoną Mają. Pogadaliśmy trochę o Grecji i odpięliśmy się na finał Unsoundu do Pauzy. Jednak kiedy wszedłem i zobaczyłem ten zapchany klub i nadymione tak, jak za najlepszych czasów we wrocławskiej kamforze powiedziałem, że musimy stąd iść szybko, jeśli reszta nie chce być świadkiem mojego zawału. Zatem wypiliśmy szybkie 3 wódki i pojechaliśmy na chatę niedoczekawszy gwiazdy wieczoru.

Następnego dnia pakowanie i opuszczamy kraków względnie rano. Dzień powrotu to dzień krajoznawczy. Natura zamki i pałace. Śmigamy po raz pierwszy na pustynię błędowską. Jest spoko Później do zamku Ogrodzieniec, by finalnie zlądować w zamku Moszna. Dzień piękny i słoneczny. Humory dopisują a choroba dalej przeżera nas od środka. Wracamy do Wro późnym wieczorem. Ładuje się do łóżka i nakrywam kołdrą. Kaszlę do dziś ale wyjazd był złoto.

0

niemcy jadą na moskwę day 2 und 3

następny dzień. pobudka o 10. nikomu sie nie spieszy, wcinamy wolne śniadanie, słuchamy krzyśkowych winyli. leci jakiś pearson sound, daniel drumz, blawan. wyjście o 13. lewy ma coś do załatwienia, więc zostawia nas z brendą na chmielnej i stamtąd śmigamy penetrować warszawę. piździ i lekko pada ale nastroje dopisują. dochodzimy do starego miasta, które chyba najbardziej ssie pałę w warszawie. rozumiejąc historię i będąc osobą wobec niej wyrozumiałą w dalszym ciągu nie widzę tam nic ciekawego. mega sztucznie,  zero fajnych miejsc pełna dziadówa i pierogarnie. widać, że ludzie z warszawy to tam raczej nie bawią. o tyle fajnie, że położone tak jakby na wzniesieniu. my również nie zabawiliśmy tam zbyt długo. wcinamy na szybko jakąś zupe u zajebistego chińczyka na rozgrzanie i przebijamy na powiśle. ładnie tam - parkowo i miejsko zarazem, rzeka blisko i pare dobrych punktów. wjechaliśmy na kawe do "kafki". zajebiste miejsce. zapchane ludźmi. na stolikach rezerwacje. duże okna, kozackie ciasta, gry planszowe, regały z ksiązkami. brakuje mi tego we wro. czujesz, ze mozesz tam siedziec pol dnia. ustawiłem się z buczem, moim podlaskim ziomkiem, z którym dawno się nie widziałem. informuje mnie, że jest skory wypić ze mną wiele wódki tej nocy, więc podejmuję rękawice. troche spacerujemy ale robi się późno. bucz zabiera mnie do "planu b". kolejne kozak miejsce. troche brudne ale dużo hipsterki. zajebisty street artowy wystrój. na klatce schodowej wrzuty i prace różnych artystów i cwaniaków z całej europy. jest jeremy fish, jest london police. jestem pod wrażeniem. bar jest na piętrze, z widokiem na plac zbawiciela. po raz kolejny odwiedzam miejsce w tym mieście, gdzie nie ma gdzie usiąść. wypijamy dwa kielony, browara i idziemy na spacer do łazienek. niestety troche za późno się wybraliśmy, bo park już dawno zamknięty. śmigamy więc ujazdowskimi w stronę "powiększenia". jaram się zajebistymi wiatami autobusowymi i ambasadą czarnej góry. przypominam sobie ile to razy za dzieciaka przegrałem z moim bratem w monopol, bo cwaniak miał hotel właśnie na alejach ujazdowskich. do tej pory pamiętam, ze buliłeś 20 000 jak trafiłeś na tą ulicę. nikt z tego nie mógł wyjść cało...

dobijamy do powiększenia na imprezę, z powodu której w ogóle pojechaliśmy do wwa. 2 urodziny "na stare milion" - kolektywu rafała, połączone z urodzinami diggin.pl, którego reprezentantami na ten wieczór był kodźiro i bracia z jaworu, zwani też potocznie czikitas. znowu widzę się z brendą, dobija kolejny podlaski reprezentant - netczuk. za chwile zdzwaniam się z frankiem, którego minąłem wcześniej na starówce jak miał biznesowy spacer z jakąś skośną laska. dobija bart i jagna i nagle robi sie tylu znajomych, ze przestaje sie czuc jakbym był w nie swoim mieście. lecimy z buczem, frankiem i netczukiem do baru i troche sie do niego przytulamy na dłużej, z chwilowymi przerwami na szluga. Na dolny parkiet schodzimy później ale rychło w czas, bo wchodzą gwiazdy wieczoru - Albrecht Wassersleben i Cuthead - naziści chyba z drezna. Grali gliczowy live-act. Parkiet prawie pełny, kłęby dymu w powietrzu. Muzycznie zajebiście, byłem zachwycony i zasłuchany. Po 20 min. podbija do mnie Rafał i pyta czy nie chce mu pomóc. Okazało sie, ze bramka im sie wysypała i nie mają gościa od kasowania i przybijania ludziom pieczątek. Razem z buczem - najebani podjeliśmy to wyzwanie i przez 2 następne godziny byliśmy bramkarzami w klubie. Kodźiro pomagał nam utrzymać stan nawalenia donosząc nam drinki, więc mogę stwierdzić, że nawet dobrze się bawiłem. Nie ręczę jednak za stan tej kasy, co za nią stałem...
Do domu wróciliśmy o 5am. Chyba.

Następnego dnia późna pobudka. Spokojny ogar i pakowanie. Była sobota, czas na przemieszczenie się z Warszawy do Krakowa - dzień Unsoundu. Zadzwonił bucz zeby spytac jak sie czuje. Chyba spoko. Przypomniał mi tylko, ze nocy wczorajszej udało mi się znaleźć jeszcze czas na zjedzenie 2 kebabów. dwóch...  No nic. Ogarneliśmy Krzyśkowi chatę i odpaliliśmy sie na śniadanio-obiad (bo była pewnie 14). Zjedliśmy potężnego schabowego w szwejku na MDM'ie. MDM to dobrze chamska okolica. Socreal w najlepszym wydaniu. Chyba żadne inne miejsce w Warszawie nie przypomina bardziej moskwy niż ten plac.

Do krakowa wyjechaliśmy o 18... Wszyscy mocno przytyrani. Brenda bardziej chora, mnie zaczęło już łapać. Lewy jeszcze się trzymał. Przejechaliśmy dziwnie szybko, bo w 3,5h. Choć część trasy w standardzie drogi ekspresowej robi dużą różnicę. W Kraku nocowaliśmy u mojego dobrego ziomka Hajzrala. Jego niestety też nie było w domu, więc po prostu wbiliśmy mu się na chatę. Zrzuciliśmy torby i furą prosto do Nowej Huty. Unsound juz czekał.

0

niemcy jadą na moskwę day 1

wyjazd. zbiórka rankiem pod moim blokiem. wytyrany, bo balowałem przez 2 dni z Ingrid. odbiera mnie brenda i kodźiro. wsiadamy do fury jego starego - bo większa i mniej pali. troche pachnie starymi skarpetkami. to ten zapach, którego już z samochodu nie wypędzisz... ale nikt nie narzeka. bardziej sie smiejemy z taty kodźiro. pełna zajawa bo wyjazd w dobrym gronie. jeszcze tylko jedziemy na stacje sie zatankować, zjeść hot doga, wypic kawe i zrobić kupe. w miedzyczasie dzwonia bracia z jawora, nasi współuczestnicy wyprawy. spóźnieni, mówią, że już dojeżdżają, tylko jeszcze muszą zatrzymać sie na statoilu (na tym samym, na kórym ja robie kupe), żeby sie wysrać. nie wiem czy ta historia wnosi cokolwiek do całego wyjazdu but i found it super funny anyway.

trasy nie będę opisywał za długo. jechaliśmy jakimiś objazdami bo przejzad krajową 8 to jakies piekło teraz i mam wrażenie, że niedługo do stolicy będziemy jeździc przez toruń. do tego regularnie co 40km zatrzymywaliśmy sie na szluga (fura napchana palaczami), więc nie ma się co dziwić że dojazd zajął jakieś 960 godzin. koniec konców wieczorem byliśmy na miejscu. zanim jednak dojechaliśmy do naszej noclegowni, musieliśmy coś na szybko zjeść. pojechaliśmy na kebab, o którym kodźiro mi od 2 lat nawija. zachwalał te warszawskie kebcie, jakby nie wiem co tam wkładali. ja - smakosz kebciów wiem co to jakość więc nie chciałem się zbytnio podniecać tymi opowieściami, dopóki nie spróbuję. i kurna spróbowałem. i kurna mogę za tego kebcia się do warszawy przeprowadzić, takim był koniem (a raczej baranem). więcej nie będę opisywał, bo mógłbym całego posta o tym kebciu napisać. zjedliśmy go ze smakiem, po czym załadowaliśmy się na pustą chatę miłego krzysztofa, który wyjechał do krakowa na unsound, więc mogliśmy buszować po jego lokalu sami. mieszka w super cfanej białej kamienicy z ładnym podwórkiem i pełnym ogarem i dużą bramą wejściową, stylówa na wielkomiejską polską kamienicę, takiej we wro nie uświadczysz. w mieszkaniu na wejście zastaliśmy na stole ładną butelkę czerwonego wina z 3 kieliszkami patrzącymi na nas miło. tak się gości wita w stolycy, pomyślałem sobie!

ten wyjazd miał mieć profil melanżowo-eksploracyjny, więc czym prędzej przebarliśmy ciuchy i startowaliśmy gdzies bliżej do centrum. poszedłem ja i lewy, bo brenda czuła dopadającą ją chorobę - to co koniec końców zgubiło naszą trójkę podczas całego wyjazdu. no nic, zebraliśmy dupy w troki i poszliśmy na spotkanie z kolegą rafałem i jego warszawską szajką. siedzieliśmy w bejrucie - zajebistej knajpie z pięknym wystrojem, ładnymi dużymi oknami i dobrze wyglądającym libańskim jedzeniem. byłem pod wrażeniem wszystkich ludzi naokoło, bo było jakieś zatrzęsienie super wyglądających dziewczyn. stylówa bardzo mocno ponad h&m i choć jestem najdalej od śledzenia tego co się nosi, to dało się to od razu zaobserwować.

ten wieczór nie trwał długo. wypiliśmy po 2 piwa i poszliśmy na chatę spać. więcej wrażeń miały przynieść kolejne dni.

0

febra, chęhy i dużo wiary

Środa. Wyjazd do Poznania. Jedna noc. Sporo wrażen. Jedziemy na 3 fury  na Wielkie Otrzesiny Wielkopolski w roli "koordynatorów" imprez w tych ich kartoflanych klubach. Skład godny. 3 fury napchane elitą wrocławskiej młodzieżowej degeneracji. Ja jade z Owcą, Stolcem i Buczem. Zaczeliśmy od pół litra z colą w samochodzie - na lepsze skupienie podczas pracy. Jedziemy nową furą bucza. Cfana wersja focusa. Można nawet kontrolować klimatyzację albo radio głosowo. Szkoda, że po niemiecku... Bucz jako jedyny umiał nastawić radio Luz. Zajęło mu to dobre 15 minut zanim poprawnie powiedział "ajn und nojncig koma zeks". Jedziemy. Humory dopisują. Może buczowi mniej, bo nie pije, wiadomo, kierowca zawsze ma najbardziej przesrane. Co 10 min czyjeś marudzenie, żeby sie zatrzymać na szluga albo sikanie. Mijamy Rawicz. Stolec mówi, że jakby go mieli osadzić w jakimś więzieniu w Polsce to najbardziej chciałby Rawicz. Przynajmniej mógłby machać z okna wszystkim ziomkom, co na hel w wakacje jadą... Opowiadamy kawały, gadamy o tym "jak żyć". Po 3,5h w końcu w Poznaniu. Mamy jeszcze chwile czasu do spotkania. Idziemy do ichniejszej "przedwojennej". Browar jeden i drugi. Idziemy na spotkanie organizacyjne. Spotykamy resztę mongołów z naszej wrocławskiej szajki. Jest nas chyba z 16 - już dawno nie było takiego skupienia popaprańców na jednej powierzchni.

Dostajemy przydziały klubowe i 2 wolontariuszów do pomocy. Ja dostałem jakąs dyskoteke na Rynku, która tej nocy zmieściła w swoich progach z pół tego miasta. Wolontariusze to banda mongołów. Jednego pogoniłem, bo nie mogłem patrzeć na to jak pracuje.

W sumie spoko ten Poznań. Ladne ulice. Klimat troche "na niemca" i nie mówie o architekturze. Jakoś tacy zesztywniali ci poznaniacy. I jeżdzą jakoś przyzwoicie po tych drogach i bajzlu nie ma. Pozapinani w koszule śmigają po klubach. Nikt sie nie tłucze po mordach. Albo może miałem szczęście tego nie widzieć. No nic. Ja skończyłem swoją pracę przed 4am. Spotkałem bucza, a zaraz potem reszte wrocławskich "ogarniaczy". Wszyscy dostali wypłaty, więc można było już teraz nie skupiać się na niczym innym jak skrupulatnym jej przepijaniu. Byliśmy  w buddha barze. Muzycznie - przytupaja dyskotekowa jak sie patrzy ale przestrzeni opór. Ładny balkon vel. taras na jakieś 60 miejsc siedzących. Spoko. Siedzimy na tarasie. Wszyscy coraz bardziej załatwieni wódka. Jest z nami ziemniak, więc nie trzeba go było zbyt długo prosić o to żeby zrobił to co robi najlepiej. Żeby zaśpiewał. Rozpoczyna się lawina polskich szlagierów. Jest Beata Kozidrak, Varius Manx, Natalia Kukulska. "Zakręcona" od Reni jest śpiewana przez wszystkich. Drzemy ryje w niebogłosy. Poznań nasłuchuje i nie marudzi. Z buddha baru wychodzimy z ofiarami. Pierwszą i jedyną tej nocy jest Szymon Udziec. Nie trzyma sie na nogach i ciągle mówi, że musi usiąść. Nie słuchamy go i ciągniemy go do "przedwojennej". Udajemy, ze to jego kawalerski. Znowu drzemy japy o 5am. Poznań już prawie śpi. Budzimy go piosenką "Szymon się żeni, O KURWA, Szymon się żeni". Szymon wygląda na bliskiego śmierci. Siada na murku. Nad nim wielki napis jakiegoś lokalnego artysty - "Jak długo mam sie tu odkładać". Jest śmiesznie.

Nie wiem do której bawiliśmy w centrum Poznania. Wiem natomiast, że jadłem najgłupszy trash food w swoim życiu. Na imię miał "Keb-Dog Szwedzki". Nie trzeba być zbyt mądrym aby wydedukować, że to połączenie hot doga z kebabem. Pytanie tylko co za geniusz wymyślił to połączenie... We wrocławiu knysza z parówką faktycznie była legendarna. Poznański przepis był jednak odwrotny. To do bułki z hot-doga chłopcy wrzucali kawałki mięsa z kurczaka i zarzucali sałatką warzywną. Jego szwedzkość chyba polegała na dużej ilości ogórka kiszonego i cebuli prażonej. A jak wiadomo jest to klasyczny dodatek super hot doga z IKEI. Ikea jest ze szwecji, więc ogórek i cebula prażona muszą być szwedzkie - tyle byłem w stanie wymyśleć na tamtą chwilę.



Przejście z do hostelu zajęło nam z godzinę. Po pierwsze, bo najebany szymon jest cięższy od dojrzałego żubra, a do tego mieliśmy opór postojów. Głupot ciąg dalszy. Grupowe klęczenie przed sklepem społem i oczekiwanie na jego otwarcie, Stolec śpiewający "knocking on heaven's door" po czesku. W końcu hostel. Tam Pedro wystawił 3 litry whiskey aby dokończyć dzieła zniszczenia alkoholowego.  Trwało to chyba do 9am, chyba... To była dobra środa. Czwartek był zaś nie do końca dobry. Ale Halski uważa, ze to nie dlatego że piliśmy do wczesnego rana. On mówi, że to z powodu zaskoczenia organizmu, bo przecież pije się dopiero od czwartku, a tu nagle w środe niespodzianka. Warto w to wierzyc, bo dzis ide na melanż i nie chce, żeby moje ciało czuło się zaskoczone jutro rano.