0

it's real rabbit. i also have fox and rakoon

mój tato korzystając z dość pokaznego zasobu staropolskich mądrości, które magazynuje w swojej głowie rzekł mi ostatnio: kto nie ma miedzi - ten w domu siedzi. i to przysłowie objęło oficjalny patronat nad moim życiem ostatnimi czasy. jest zimno, nie ma ciapy i jak boga kocham juz dawno tyle nie siedzialem w domu jak w styczniu i na początku lutego. jest ładnie ale chyba mróz mnie wkurwia i nie chce nawet podejmować próby spotkania się z mrozem na twarzą w twarz. jakbym miał szersze kaloryfery na chacie, to wzorem mojego kota byłbym zdolny położyć się na nim i tkwić tam do wieczora. nie podoba mi sie do konca ta zimowa hibernacja ale chyba wychodzi mi to na zdrowie. w końcu odpaliłem website, troche czytam, zabieram brytyjskiemu przemysłowi fonograficznemu sporo ich owoców i długo śpię. wiem, ze to ostatni miesiąc siedzenia na dupie. bo jak w marcu sie zacznie to nie wydostane sie z turystyki az do listopada. a propos turystyki, dostałem właśnie zajebistą pracę przy Euro. Mam do ogarnięcia grupę sponsorską za dobre siano. Chyba najlepszą zaletą tej pracy jest to, żę wszystkie mecze rozgrywane we Wro obejrze na żywo z jakiejś cwanej loży i jaram sie jak dziecko. pow! ale o tym kiedy indziej.

Weekend był luźny. Siedziałem w domu. Na szczęście nie swoim. Piątek u kodźiro i brendy. Dużo muzyki, jakieś małe granie amatorskich setów, gotowanko, rummikub. Relaks jakiego trzeba. I jak już wydostałem się z domu, to znowuż bardzo nie chciałem do niego wracać. Zadzwonil szczepan. Zapraszał do siebie na zabawe (w domu). Mieszkanie szczepana to moje drugie ulubione mieszkanie, w którym przebywam dość sporo. Oprócz tego że mają na chacie jakieś 12 stopni... Generalnie chłopcy jak zaciskają pasa na zime, to robią to z przytupem. Trudno czasem wysiedzieć dłużej na kanapie, bo stopy się wyziębiają. No i filmu bez śpiwora też raczej sie nie da obejrzeć. Zimowe realia wrocławskich kamienic. Do szczepana w kazdym razie dotarłem późnym wieczorem. W środku same typy, żadnej dziewczyny. Na stole dużo wódki, zbyszko 3 cytryny, smalec w słoiku i dużo zjedzonych deserów czekoladowych zapchanych kiepami. W takich mieszkaniach bardzo łatwo wydedukować dominację meżczyzn. Lubie ich chate, bo ma dużo funku. wielka jak hala sportowa. Okna wieksze od szafy 3-dzrwiowej, zdobione sufity, najbardziej wieśniacka kuchnia jaką kiedykolwiek widziałem. Taka z lat 90. Najgorsze płyty wiórowe zbite w półki i oklejone taką okładziną co udaje marmur. Jaram się. Zatem sobota stanęła pod znakiem spektakularnego melanżu, durnych gadek, słuchania hemp gru i zipery przemieszanej z vengaboys i grania w piłkarzyki, które mają na chacie i w sumie wyszło tak, ze jak wyszedłem w piatek z chaty, to wróciłem do niej pare godzin temu (w sensie poniedziałek). Ale to był dobry weekend i nie przegiety melanżowo. Teraz mogę sobie wrócić to pracy. W domu...


0

kto nie skacze ten albańczyk

Dziś we Wrocławiu byłem świadkiem rewolucji społecznej. Jadąc tramwajem miałem kontrolę biletów. Zdziwiło mnie najpierw to, że choć panowie wyglądali na niezłych Mirków-zakapiorów w takich kurtkach z taniej skóry co mają z 15 różnie rozstawionych suwaków, to zachowywali się bardzo kulturalnie. Nie żeby rzucali uśmiechami w każdą stronę ale manierę mieli podobną do człowieczej, więc ja więcej od takich służb już nie proszę i nie wymagam.

Jednak poraziło mnie, że wagonie było ze 30 typa... i każdy miał bilet!!! Bez kitu. Żadnych łebków udających, ze szukają biletu po wszystkich kieszeniach i tylko spoglądają przez okno kiedy tramwaj dowlecze sie do nastepnego przystanku, zeby pędem kuguara w lesie liściastym zawinąć się z tej blaszanej puszki z chorzowa. Żadnych emerytek mówiących, że one tylko jeden przystanek jadą. Żadnych zawstydzonych humanistek, które zazwyczaj mają bilet ale tego konkretnego dnia chciały przycwaniaczyć i akurat je dojechano i oblane wstydliwym rumieńcem nie wiedzą jak teraz wybrnąć z tego całego bajzlu. NIKOGO BEZ BILETU. Wow. Dziwnie się poczułem, troche jak w Szwecji. Nie wiem tylko czy jestem gotowy na takie szokujące zmiany we wrocławskim społeczeństwie...

Dzięki bogu trójkąt powoli się zmienia i tam o jakieś rewolucje w lokalnych zwyczajach zachodzą wolno. Po pierwsze wycieczka na piechote przez komuny paryskiej albo kościuszki i więckowskiego zawsze kończy się rozdaniem 2 szlugów na lekko mijanym osobom, a bywają też i 3. Lubie jeszcze ta zajebistą bajerę od tych skwaszonych mord, co stoją na schodkach narożnych sklepów.

- ty ziomuś, zajedź mi jakimś zipem bo właśnie mnie z dołka puścili skurwysyny.
- no to nie zazdroszcze... trzymaj bratku (daje mu szluga z reki).
- dziekuweczka. kurwa weź nic nie mów. za 2 kulki mnie posadzili. nic to. chuj im w pysk! siemaneczko

na hasło "chuj im w pysk" nie wiem już jak mam odpowiadać, więc zbijam piątke i odwracam się na pięcie w kierunku traugutta. w swoim życiu na trójkącie (i nigdzie indziej) doświadczyłem już lekko z 7 razy prośby o szluga z uzasadnieniem, że kogoś właśnie wypuścili z aresztu... Nie wiem czy to jakaś okoliczna maniera, czy oni faktycznie po raz pierwszy od paru dni mogą się na luzie przespacerować po kwadracie. Aaaa. No i rozdając szlugi na trójkącie warto też odpowiednio wydzielać jedną sztukę. Nie mówię, żeby dłonią podawać bo to mocno niemiłe ale nie można otwierać paczki na oścież, bo wtedy cwaniaki 2 wyciągają bez zastanowienia. Najlepiej otworzyć paczkę i własną reką wysunąć jednego do góry. Wtedy psychologicznie sugerujesz, że tego (i tylko tego) ma delikwent wyciągnąć. Zarazem wykazujesz się wysoką ogładą osobistą i dobrym wychowaniem, a wielu to z pewnością docenia.

Z drugiej strony byłem ostatnio na traugutta na imprezie. Było zajebiście do jakiejś 22.30...Wtem do mieszkania spektakularnie wkroczyła policyjna brygada antyimprezowa i nakazała zamknąć lokal dla melanżu. Byli na tyle zdeterminowani i surowi w swej decyzji, ze na prawde trzeba sie bylo przenieśc. Zatem  solidarność kamieniczników już jednak nie ta sama i również na trójkąt na grubo wkrada się spory pierwiastek społeczniactwa. Czyli tam też się coś zmienia. No ale dzięki bogu mamy Ołbin...

Maciek - jeden z uczestników tego towarzyskiego spendu mieszka w samym jego epicentrum. Zaprosił więc całą chałastrę do siebie. Było nas sztuk ok 35 więc zapytałem Maćka:

- ziom, a u ciebie nie będzie zadymy sąsiedzkiej z tego powodu?
- zadymy? u mnie? człowieku, u mnie co drugi sąsiad od roku nie zapłacił czynszu, a reszta ma zawiasy albo inny problem z prawem. tam się samochody palą na podwórku i nikt w życiu na pały nie zadzwonił.

Ta odpowiedź w jakiś dziwny sposób dodała mi otuchy choć chyba powinna wzbudzić inne odczucie. Wole powolne zmiany, bo ta dzisiejsza kontrola w tramwaju mocno zbiła mnie z pantałyku.

0

if you ain't got no ass bitch - wear a poncho


będąc na wyjeździe troche zapomniałem robić zdjęcia. to kilka, które udało mi się zrobić. ich jakości komentować nie będę, bo chyba lepsze robiłem jak byłem na wakacjach w zoo we wrocławiu w 1996 (będąc wtedy synem podlasia) i pierdolnąłem 2 klisze nieostrych zdjęć każdego zwierzęcia które mijałem na swej drodze (tygrysy chyba były moimi faworytami z tego co pamiętam). w każdym razie poniższe foty nawet w 1/50 nie oddają tego koloru, panoram i ukształtowania terenu tej zajebistej okolicy. moim konikiem okazały się dekoracje świątecze podwieszane na palmach, skąpane w słońcu. nie do wiary. po takim pobycie nie wiem czy cieszyc sie ze tam bylem czy sie wkurwiac ze na lazurowym jest wszystko, zeby byc szczęśliwszym człowiekiem, a na chacie nie. wstając rano pod koniec stycznia, budziły mnie promienie słoneczne. zaraz obok są piaszczyste plaże i zajebiste góry skaliste wcinające się w morze i wszystko wygląda jak z pocztówy. jednym słowem - lazurowe wypierdalaj i wymień sie kurwa chociaż na góry. w zamian chętnie oddam wzgórza niemczańsko-strzelińskie. nawet strzelin dorzucę. ładny ma rynek. 3 pierzeje ciągnących się bloków, a pierzeję północą atrakcyjnie zamyka bazar z budkami z blachy falistej. nie ma to jak uszczęśliwiać oko ładnym klocem z betonu i cynkowaną stalą. dolny śląsk to romantyczny region. ty też daj się zakochać...






0

le chat est su la table


Mam kolejne wakacje. Zasłużone bardziej lub mniej - ale mam. Sprawca wakacji znowuż ten sam co ostatnio. Olivier – mój belgijski brat. Wakacje wprawdzie połowiczne, bo mamy troche roboty ale za to w jakim miejscu. Znowu ląduje w Nicei, a lazurowe wybrzeże oglądam z tarasu... Pojechaliśmy do wakacyjnego domu Oliviera, który na nieszczęście został przez nich sprzedany sprzedany. Jedziemy ze smutną misją wyprowadzenia tej chałupy po 35-letnim posiadaniu go przez jego familię. Mamy jeden pożądny dzień pracy, bo w tyle damy rade się uwinąć z pakowaniem 2 kanap i paru gadżetów. Zostajemy na 4… zatem przez 3 kolejne dni leże wywrócony do góry brzuchem i samochodem penetruję okolicę. A tam jest kurna jest co oglądać. Zatem w ostatnią niedzielę zapakowałem się w samolot do Brukseli. Stamtąd do Gent. Tam szybka wieczorna piona z grubą Judy i następnego dnia startowaliśmy na południe Francji.

Do nicei dojechliśmy o północy, wlekąc się z Gent przez 1200km furgonetką podobną do czołgu. Olivier wypożyczył ją na przeprowadzkę. Nowa i śnieżnio biała. Na prostej max 120 ale z górki dało się dobić do 150, więc nawet udało się upokorzyć paru francuskich leszczy z Audi albo innej zachodnio-europejskiej maszyny. Francuskie autostrady, oprócz tego że kosztują drożej od niejednej fury, która po nich jeździ są gładkie, szerokie i tamtejszego dnia zupełnie nie zaludnione. Generalnie wszystko bez zakłóceń.. No oprócz wjazdu furą pod bramę domu w Nicei, gdzie Olivier na pełnej penerze przypierdolił paką w filar płotu i cała śnieżnobiałość furgonetki przykryła się paroma konkretnymi pazurami zadanymi przez beton i gałęzie..
Nicea o północy zastała nas bujną roślinnością i temperaturą wysokości 10C… Poważnie rozważałem nocleg na zewnątrz ale zaległem na kanapie przygnieciony długą drogą. Day 1 dobiegł końca.

1

kaweczka kawa kawusia

ostatnie dni przebiegają dość rutynowo. za wyjątkiem odwiedzin u kodziro i brendy i jednej imprezy, to chyba cały czas przesiedzialem w domu. nie ukrywam, ze wychodzi mi to na dobre. okazuje sie, ze w domu nie ma na co wydawac pieniedzy. jest za to duzo jedzenia, łóżko w bliskiej odległości, spore zasoby kawusi, czasem nawet browara. Moze moja produktywność nie jest na najwyższym poziomie.... ale jest! mimo to wciąż jest sporo dystraktorów. jest dużo muzyki do posłuchania, a ja niestety nie posiadam daru rozdzielenia mojego skupienia na 2 czynności. także jak już się mocno skupiam nad pracą, to muzyki już nie moge posłuchać, bo rozprasza... fejsbuk też jest złem najwyzszego gatunku. nienawidze ścierwa. zabieracz czasu i ludzkiej duszy.

moja strona internetowa rodzi się w bólach. krótkie teksty reklamowe i ofertowe zajmują zbyt długo, by je napisać, choc teoretycznie to prosta sprawa... chętnie zdjąłbym z siebie ten cięzar i oddał komuś innemu ale musze sie z tym uporac, bo inaczej sam zacznę się tytułowac największą ciotą regionu. A nie chce sie tak tytułować. Jak bóg da, strona wystartuje 21.01. Oby dał...

Obawiam się również, ze stan mojej psychiki pogarsza się z dnia na dzień. A wszystko przez 3 filmy... Sprawa wygląda tak. Ja-Gunther miewam problemy z zasypianiem. Prostym na to rozwiązaniem jest puszczenie sobie filmu. Wtedy zasypiam po max 20min. Problem jednak w tym, ze od 4 miesięcy na moim dysku figurują 3 filmy, które oglądam w kółko... Są ekstra, bo to kawał dobrego kina, ale kuuurwa. nie można ładować ich w kółko... Pierwszy to "Body of lies" - z leonardo di caprio, co w syrii i ammanie rozpracowuje takiego złego terroryste.

Mam tez najlepszy dokument o Afryce jaki widziałem ever. Od jedrasa dostałem. Nazywa sie "African Cats" i jest historią 3 róznych rodzin kotów. Jest historia stada lwów po jednej stronie rzeki, co żyją pod władaniem takiego dużego lwa ze złamanym zębem. Wygląda kurwa groźnie. Po drugiej stronie rzeki są za to 4 lwy-samce pod wodzą takiego jednego, co sie nazywa Kali. Więc generalnie plan Kaliego jest taki, zeby przebić się na 2 strone rzeki (ale to problem, bo w rzece są krokodyle-skurwysyny), zaplanować atak na tego lwa ze złamanym zębem i przejąc kontrolę nad stadem i dymać lwice kiedy mu sie tylko podoba. Jest też poboczna historia o pani gepard, która samotnie przemierza sawanne i w samotności musi wychować 5 młodych gepardów. Kupe ma perypetii, bo co chwila ktoś chce ją dojechać. Tu w nocy musi się bronić przed hienami, a zaraz potem lwy atakują. Kupe problemów generalnie. Ale ona jest całkiem mocnym charakterem, plus biega super szybko i radzi sobie na tym niespokojnym lądzie. Piękny film, polecam każdemu. Ujęcia miażdżą. aaaa. Lektorem jest Samuel L. Jackson, więc nie może być źle. Problem jest tylko taki, ze widziałem go już jakieś 16 razy... Tak samo jak X-Menów - film który dopełnia moją trylogię potężnej kolekcji filmów, które posiadam.

X-Menów widziałem chyba z resztą najwięcej. Lubie takie filmy. Dużo laserów, ludzie z super mocami, tajne projekty wojenne. Lubie te sceny kiedy Volverine jedzie na motorze i zderza się czołowo z furgonetką, która do niego strzela z karabinu od 5 minut. Zderzenie wyrzuca jego bezwładne ciało w powietrze, a lecąc zderza się jeszcze z helikopterem, w którym też lecą źli bohaterowie. Wyciąga więc z pomiędzy palców te swoje molibdenowe szpady i tnie nimi śmigła helikoptera. Wszyscy spadają na ziemie. Wybuchom nie ma końca. Wszyscy giną. Volverine otrzepuje się i idzie gdzies dalej. Nawet nie wiadomo dokąd...

Potrzebuje pomocy. I to prędko. Jeżeli bede zmuszony tak dalej puszczać sobie jeden z tych filmów każdej nocy, to do końca stycznia mogę zlądować na terapii. Pół godziny temu Wrocław został wytypowany na organizatora World Games w 2017 roku. Jaram sie. Mam nadzieje, ze ten blog dalej bedzie istniał za te 5 lat.

aaa. 2 dni temu miałem też stłuczkę w nie swoim samochodzie. happy new year!

0

rikap osobisty 2011

jak podsumuje ubiegłoroczne perypetie walecznego gunthera heimllicha? chyba nie najlepiej, bo dużo poszło nie po mojej myśli i niekoniecznie takiego roku sobie życzyłem, jaki dostałem. na pewno sporo się działo. ale mogło być w tym 2011 więcej dobrej karmy, niż tej złej.

firma - chyba tak se. w sumie to myslalem zeby z niej zrezygnowac. kiedy tylko zaczął się sezon na zarabianie dobrej ciapy, poczulem powiew wakacji i pojechałem do belgii do kolegi na miesiąc w najgorętszym dla mnie okresie. nie uruchomiłem tez wyczekiwanej strony internetowej. jak boga kocham, nie mam pojecia jak ludzie mnie znajdowali... nie znam nikogo, kto tak mocno pracowałby na to, żeby szkodzić bardziej swojej własnej firmie. no cóż. okazało się jednak, że choć skutecznie utrudniam ludziom znalezienie mnie w sieci i gdziekolwiek indziej, jednak gdzieś jakimś fartem do mnie trafiali i ten rok nieoczekiwanie i szczerze mogę sobie przyznac, ze niezasłużenie podarował mi bardzo wiele bardzo dobrych ofert i kontaktów. zaczynając od odpalenia nowych usług, po bycie współtwórcą jednego z projektów na duzy kongres, prowadzenie serii wykłądów dla bibliotek i instytucji, obsłudze wrocławskich festiwali... dostałem też kolejną zajebistą rekomendację od pani z duzego ładnego amerykanskiego magazynu, a wassapy figurują na najwiekszym portalu swiata z mojej branży. Nie wiem w jaki sposób dostałem tyle szczęścia, biorąc pod uwagę, ze niewiele na to pracowałem ale nie ukrywam, ze jednak takie momenty dają motywacje żeby może spiąć dupę i robić to dalej.

rozstałem sie też z taką jedną po paru dobrych latach, więc sercowo też nie poszalałem i kosztowało mnie to sporo nerwów w ubiegłym roku ale nie bede sie jakos specjalnie rozwodzil na ten temat.

nie do końca jestem też dumny z tego, ze od pół roku mieszkam na tym końskim wrocławskim wypizdowie wraz z rodzicami. wiem, ze juz niedługo to sie zmieni ale chciałbym już coś z tym zrobić.

odkryłem siebie na nowo i czasem nie dowierzałem, ze mogę się jeszcze sam sobą zaskoczyć. niestety często z tej dziwnej/bardziej mrocznej/melanżowej strony - odkryłem że moge zagubić się w wakacyjnym melanżu na dobre kilkanaście dni i nie przeszkadza mi fakt, ze wychodze z chaty w piątek o 16, a wracam w poniedziałek o 17 cały czas mając te same ciuchy na sobie... dowiedziałem sie też, że umiem biegać 7km najebany bez zatrzymywania się o 6am (i nie dziwne jest tylko to, że umiem to zrobić ale że ja właściwie miałem na to ochotę). nigdy w życiu niczego nie zgubiłem ani nikt mi nic nie ukradł. w tym roku skradziono mi laptopa, kurtkę, dobrych parę stów, paszport, klucze do domu. Umiałem też miesięcznie wydać średnią krajową na wódkę i kebab. Byłem też zdolny do troche babskich numerów typu zatrzaskiwanie kluczyków w samochodzie. Zepsułem też komuś łóżko, którego nikt nie zepsuł przez 26 lat. wystarczyło, ze wszedlem tam raz i zrobiłem spektakularny "przerzut ninjy" i rozsypało się całe jak domek z kart i bardzo mi wstyd za siebie.

z dobrych momentów pamiętam miłe wakacje jakie dane mi było przeżyc. 3 z nich zawdzięczam mojemu ziomkowi Olivierowi, w którego towarzystwie je spędziłem. Najpierw byłem w maju na 5 dni w Nicei na wakacjach marzenie. Mieszkaliśmy w domu na szczycie wzgórza, z basenem i widokiem na wszystko z zajebistymi, pogodnymi ludźmi. Później cały lipiec siedziałem w Gent, mieście w którym czuje sie prawie tak swobodnie jak we Wro. Było sporo pracy ale każdy wolny moment to pełen hedonizm, wiec traktuje ten wyjazd jako pełną odmułę i odpoczynek. Ostatecznie byłem na przypałowym wyjeździe w Gent jeszzcze grudniu.

Dobrze będe wspominał też piękny wyjazd z brendą i kodziro do warszawy na ładną imprezę, a pózniej przejazd do krakowa na Unsound.

Jeżeli chodzi o sfery dumy, to jedną rzecz opisałem już pare postów temu. Sezon Grzewczy i Bałagan na strychu wypaliły jak sie masz. Ale w lecie był Rap Szalet i jarałem sie jak dziecko, ze udało się zrobić cos tak prostego i dobrego. Moje hamburgery okazały się być okrzyknięte przez wielu najlepszymi buxami w twierdzy wrocław a Rap Szalet dla niejednej osoby był najpiękniejszym sposobem na niedzielne relaksy w mieście. Słońce, leżak, browar, kupe ludzi naokoło, frisbee, platany na bulwarze, policyjne suki przejeżdżające po promenadzie, dzieciaki z houla hop na trawniku, podwójna skakanka na asfalcie, centrum miasta, kupe ludzi na zboczu wzgórza polskiego i piękne sety z najlepszymi rapami od gości, którzy na rapach rośli, a wielu rapów już dawno nie gra. Nie zapomnę setu Piotrka z numerami tylko od Dj Premiera albo mike'a z niemieckim rapem. Nie zapomnę twarzy teska. Zblazowanej i skwaszonej po sobocie. Leniwie rozkładał sprzęt i musiał przyjąć dobre 2 browary, zeby zacząć coś grać. Rap Szalet odbył sie w 5 edycjach. Na każdej było nie mniej jak 200 osób. Mieliśmy przyjemnośc gościć oprócz całej masy wrocławskich dj'ów takich panów jak Mentalcut, J-Son czy Druh Sławek. Zajawa!


Do tego masa mniejszych spraw o których chyba nie mam siły już pisać. Dzis dopaprałem już chyba ze 3 posty i mam dosyć. Koniec nostalgii, czas na rzeczywistośc.

0

rap kat

nowy rok witałem w rabce. po raz drugi z rzędu, a po raz czwarty z rzędu był to nowy rok witany ze snow nation. wszystkie sylwestry z moim braciakiem były dobre, więc o ten zbytnio sie nie martwilem. tym razem było troche inaczej, bo było mało znajomych i dużo pobocznych wrocławskich ekip. skład liczący około 60 osób. wszyscy wyglądający na melanżowników. nadwornym grajkiem w tym roku był mój człowiek tesko więc o jakość muzyki też nie miałem co sie martwić, bo ja sie zawsze lubie  sie bawic, kiedy on gra. przyjechalem z magdą jej kremowozem 30.12. Rabka zastała nas wiosenną pogodą i choć bylismy 30km od Zakopca, to śniegu nie było ani grama i wcale nie żałowałem, ze nie zabrałem ze sobą sprzętu. w pierwszy dzień zrobiliśmy tradycyjnego grilla pod drewnianym dachem z hamburgerami z rusztu. na szczęście pogoda nas przyjemnie zaskoczyła bo tego wieczoru zaczął padać śnieg i tak padał przez całą noc. zatem poranek sylwestrowy zastał nas z przyjemną 15cm warstwą śniegu i nareszcie poczułem się jak na wyjeździe w górach. o samym sylwestrze cóż tu opowiadać. potężna najebka wódką i łiski. impreza w stylu PRL. ludzie wzieli to sobie do serca, bo było pare naprawde dobrych kreacji. moimi faworytkami były magda i marta z bielska białej. jedna przebrana za krysie z dancingu w niedopasowanej kwiatowej sukience i  torebce na długim łańcuszku i obciachowych pantoflach na stopach. druga za to przebrana była za jole z wakacji w bułgarii w kolorowym stroju i eleganckich okularach przeciwsłonecznych. tesko spisał sie na medal, bo nawalił się wczesnie, a ja najbardziej lubie jak tesko gra nawalony. nie zszedł z decków do 4am i popisywał się dobrymi szyderami w stylu bananowego songu. tej nocy wszyscy sie przy tym bawili jak złoto. następny dzień to późne śniadanie od Pani Czesi (ona chyba faktycznie tak sie nazywała). Ta pani jest super miła, bo zawsze przychodzi do stolika i przynosi ciepłe posiłki i miło sie uśmiecha. Pewnego razu wprowadziła nas w stan konsternacji, kiedy zapytała zawadiacko "Panowie, macie parówki?" Wszyscy zgodnie odpowiedzieliśmy, że mamy choć nie wiem czy gadaliśmy o tych samych parówkach. Pierwszy stycznia przeszedł więc na spokojniej. Było frisbi na śniegu i jakaś mała koszykówka z młodymi od kopra. Wieczorem tradycyjnie zagraliśmy w mase gier planszowych od rummikuba poczynając, na tabu kończąc. Drugi stycznia zastał nas prędko i trzeba się było zawijać. Rabka pożegnała nas temperaturą 12C i słońcem takim, że w furze siedzieliśmy w okularach przeciwsłonecznych. Bardzo ładnie to wszystko wypadło. Jaram się. Wiec oby 2012 był też taki pogodny. Bo inaczej w ryj.